Sunday, March 11, 2012

Budujmy świątynię miłości

Benedykt XVI

Drodzy bracia i siostry!

Ewangelia tej trzeciej Niedzieli Wielkiego Postu przedstawia – w redakcji św. Jana – sławne wydarzenie, gdy Jezus wypędza ze świątyni jerozolimskiej sprzedawców zwierząt i wymieniających monety (por. J 2, 13-25). Zdarzenie to, przytoczone przez wszystkich Ewangelistów, działo się tuż przed świętem Paschy i zrobiło wielkie wrażenie zarówno na tłumie, jak i na uczniach. Jak powinniśmy rozumieć ten gest Jezusa? Przede wszystkim należy zauważyć, że nie spowodowało ono żadnej reakcji strażników porządku publicznego, ponieważ postrzegano je jako typowe działanie prorockie: prorocy bowiem, w imię Boga, często piętnowali nadużycia i czynili to nieraz za pomocą zachowań symbolicznych. Problemem była raczej ich władza. Dlatego właśnie Żydzi spytali Jezusa: „Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?” (J 2, 18), pokaż, że działasz rzeczywiście w imieniu Boga.

Wypędzenie przekupniów ze świątyni było również odczytane w sensie polityczno-rewolucyjnym, umieszczając Jezusa wśród ruchu zelotów. To właśnie oni byli rzeczywiście „gorliwymi” w trosce o prawo Boże i gotowi do użycia przemocy, aby było ono przestrzegane. W czasach Jezusa spodziewali się Mesjasza, który wyzwoli Izraela spod panowania rzymskiego. Ale Jezus zawiódł te oczekiwania, tak że niektórzy uczniowie Go opuścili, a Judasz Iskariota nawet Go zdradził. W rzeczywistości nie można interpretować Jezusa jako człowieka posługującego się przemocą: przemoc jest sprzeczna z Królestwem Bożym, jest narzędziem Antychrysta. Przemoc nigdy nie służą ludzkości, ale ją odczłowiecza.

Posłuchajmy zatem słów, jakie Jezus wypowiada, czyniąc ten gest: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!”. I uczniowie przypomnieli sobie wówczas, że w Psalmie napisano: „Gorliwość o dom Twój mnie pożera” (69, 10). Psalm ten jest wołaniem o pomoc w sytuacji skrajnego zagrożenia ze względu na nienawiść wrogów: sytuacja, którą Jezus będzie przeżywał w swojej męce. Gorliwość o Ojca i o Jego dom doprowadzą Go aż do krzyża: Jego gorliwość jest gorliwością miłości, która osobiście płaci, a nie taką, która chciałaby służyć Bogu drogą przemocy. Albowiem „znakiem”, jaki Jezus da jako dowód swojej władzy, będzie właśnie Jego śmierć i zmartwychwstanie. „Zburzcie tę świątynię – powiedział – a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”. A święty Jan dodaje: „On zaś mówił o świątyni swego ciała” (J 2, 20-21). Wraz z Paschą Jezusa rozpoczyna się nowy kult, kult miłości i nowej świątyni, którą jest On sam – zmartwychwstały Chrystus, dzięki któremu każdy wierzący może wielbić Boga Ojca „w Duchu i prawdzie” (J 4, 23).

Drodzy przyjaciele, Duch Święty zaczął budować tę nową świątynię w łonie Maryi Panny. Za Jej wstawiennictwem módlmy się, aby każdy chrześcijanin stawał się żywym kamieniem tej budowli duchowej.

Wednesday, February 15, 2012

Modlić się za krzywdzicieli - katecheza o modlitwie

Benedykt XVI

Drodzy bracia i siostry,

W naszej szkole modlitwy w minioną środę mówiłem o modlitwie Jezusa na krzyżu, zaczerpniętej z psalmu 22 „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił”. Obecnie pragnąłbym kontynuować rozważanie na temat modlitwy Jezusa na krzyżu bezpośrednio przed śmiercią i chciałbym się dzisiaj zatrzymać nad narracją, którą spotykamy w Ewangelii według św. Łukasza. Ewangelista przekazał nam trzy słowa Jezusa na krzyżu, z których dwa – pierwsze i trzecie są modlitwą skierowaną wprost do Ojca. Natomiast drugie stanowi obietnica złożona tak zwanemu dobremu łotrowi, ukrzyżowanemu wraz z Nim. Odpowiadając na jego w istocie modlitwę Jezus zapewnia go: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju”(Łk 23,43). W ten sposób w relacji Łukasza są sugestywnie splecione ze sobą dwie modlitwy, które umierający Jezus kieruje do Ojca oraz przyjęcie błagania, jakie kieruje do Niego skruszony grzesznik. Jezus przyzywa Ojca i jednocześnie wysłuchuje modlitwy tego człowieka, który często nazywany jest latro poenitens „dobry łotr”.

Zatrzymajmy się na tych trzech modlitwach Jezusa. Pierwsze wypowiada natychmiast po przybiciu do krzyża, podczas gdy żołnierze dzielą między siebie Jego szaty, jako smutne wynagrodzenie za swą służbę. W pewnym sensie tym gestem zamyka się proces ukrzyżowania. Pisze św. Łukasz: „Gdy przyszli na miejsce, zwane «Czaszką», ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: «Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią». Potem rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając losy” (23,33 - 34). Pierwsza modlitwa, którą Jezus kieruje do Ojca to wstawiennictwo: prosi o przebaczenie dla swoich oprawców. W ten sposób Jezus wypełnia osobiście to, czego nauczał w Kazaniu na Górze, gdy powiedział: „Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą”(Łk 6:27), a ponadto obiecał tym wszystkim, którzy potrafią wybaczyć: „Wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego” (w. 35). Teraz, z krzyża, nie tylko przebacza On swoim oprawcom, ale zwraca się wprost do Ojca wstawiając się za nimi.

Postawa ta znajduje wzruszające „naśladownictwo” w relacji o ukamienowaniu św. Szczepana, pierwszego męczennika. Szczepan rzeczywiście bliski końca: „Gdy osunął się na kolana, zawołał głośno: «Panie, nie poczytaj im tego grzechu!» Po tych słowach skonał” (Dz 7,60) – były to jego ostatnie słowa. Znamienne jest porównanie modlitwy przebaczenia Jezusa i modlitwy pierwszego męczennika. Św. Szczepan zwraca się do Zmartwychwstałego Pana i prosi, aby jego zabójstwo – czyn jasno określony wyrażeniem „ten grzech” - nie zostało przypisane tym, którzy go ukamienowali. Jezus na krzyżu zwraca się do Ojca i nie tylko prosi o przebaczenie dla krzyżujących Go, ale wyjaśnia także to, co się dzieje. Według Jego słów ludzie krzyżujący Go: „nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34). Przedstawia ignorancję, to, że „nie wiedzą” jako motyw prośby o przebaczenie Ojca, ponieważ pozostawia ona otwartą drogę ku nawróceniu, jak to zresztą ma miejsce w słowach, które wypowie setnik w chwili śmierci Jezusa: „Istotnie, człowiek ten był sprawiedliwy”(w. 47), był Synem Bożym. „Dla wszystkich czasów i wszystkich ludzi pociechę stanowi fakt, że Pan - zarówno w przypadku rzeczywiście niewiedzących, jakimi byli oprawcy, jak też wobec tych, którzy wiedzieli, a mimo to skazali Go – niewiedzę ich uznaje za podstawę prośby o przebaczenie. Uważa je za bramę, która może nas otworzyć na nawrócenie się” (Jezus z Nazaretu II, 223).

Drugie słowo Jezusa na krzyżu przekazane przez św. Łukasza to słowo nadziei, to odpowiedź na modlitwę jednego z dwóch ludzi ukrzyżowanych wraz z Nim. Dobry łotr wsłuchuje się w swój głos sumienia i się nawraca, zdaje sobie sprawę, że jest przed Synem Bożym, który objawia oblicze samego Boga i prosi Go: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (w. 42). Odpowiedź Pana na tę modlitwę znaczenie wykracza poza prośbę: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju” (w. 43). Jezus jest świadom, że wchodzi bezpośrednio w komunię z Ojcem i ponownie otwiera człowiekowi drogę do Bożego raju. W ten sposób poprzez tę odpowiedź daje mocną nadzieję, że dobroć Boga może nas dotknąć nawet w ostatniej chwili życia, a szczera modlitwa, nawet po niewłaściwym życiu, napotyka na otwarte ramiona Dobrego Ojca, oczekującego na powrót syna.

Ale zatrzymajmy się na ostatnich słowach umierającego Jezusa. Ewangelista opowiada: „Było już około godziny szóstej i mrok ogarnął całą ziemię aż do godziny dziewiątej. Słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek. Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: «Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego». Po tych słowach wyzionął ducha” (w. 44-46). Niektóre aspekty tej narracji różnią się w porównaniu z obrazem przedstawionym przez Marka i Mateusza. Trzy godziny ciemności nie są u Marka opisane, natomiast w Ewangelii Mateusza są połączone z szeregiem innych wydarzeń apokaliptycznych, jak trzęsienie ziemi, otwarcie się grobów, zmartwychwstanie umarłych (por. Mt 27, 51-53). W Ewangelii Łukasza godziny ciemności mają swoją przyczynę w zaćmieniu słońca, ale w tej chwili ma także miejsce rozdarcie się zasłony świątyni. W ten sposób relacja Łukasza przedstawia dwa znaki, w pewien sposób paralelne, na niebie i w świątyni. Niebo traci swe światło, ziemia się wali, podczas gdy w świątyni miejscu obecności Boga, rozdziera się zasłona, która chroni sanktuarium. Śmierć Jezusa przedstawiona jest wyraźnie jako wydarzenie kosmiczne i liturgiczne; w szczególności oznacza początek nowego kultu, w świątyni nie zbudowanej przez ludzi, ponieważ to samo Ciało Jezusa, umarłego i zmartwychwstałego gromadzi ludy i je jednoczy w Sakramencie Jego Ciała i Krwi.

Modlitwa Jezusa w tej chwili cierpienia - „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” - jest głośnym krzykiem najwyższego i całkowitego zawierzenia Bogu. Wyraża ona pełną świadomość, że Jezus nie jest opuszczony. Początkowe wezwanie „Ojcze” – przypomina Jego pierwszą wypowiedź jako dwunastoletniego chłopca. Pozostał wówczas przez trzy dni w świątyni Jerozolimskiej, której zasłona obecnie się rozdarła. A kiedy rodzice wyrazili Jemu swoje zaniepokojenie, odpowiedział: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”(Łk 2,49). Od początku aż do końca Jego odczuwanie, słowo, działanie całkowicie określa Jego wyjątkowa relacja z Ojcem. Również swój krzyż przeżywa On w pełni w miłości, w owej synowskiej relacji z Bogiem, ożywiającej Jego modlitwę.

Słowa wypowiedziane przez Jezusa, po wezwaniu „Ojcze” podejmują wyrażenie psalmu 31: „W ręce Twoje powierzam ducha mojego”(Ps 31,6). Nie są one jednak prostym cytatem, lecz wykazują stanowczą decyzję: Jezus „oddaje się” Ojcu w akcie całkowitego zawierzenia siebie. Słowa te są modlitwą „zaufania”, pełną ufności w miłość Boga. Modlitwa Jezusa w obliczu śmierci jest dramatyczna, tak jak ma to miejsce w przypadku każdego człowieka, ale równocześnie jest przeniknięta tym głębokim spokojem, który rodzi się z zaufania Ojcu i z woli całkowitego powierzenia się Jemu. W Getsemani, kiedy wszedł w ostateczne zmagania i najbardziej intensywną modlitwę oreaz miał być „wydany w ręce ludzi” (Łk, 9,44) Jego pot stał się „jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię” (Łk 22, 44). Ale jego serce było całkowicie posłuszne woli Ojca i dlatego przybył „anioł z nieba”, aby Go umocnić (por. Łk 22, 42-43). Teraz, w swych ostatnich chwilach Jezus zwraca się do Ojca, mówiąc w jakie naprawdę ręce składa całą swoją egzystencję. Przed wyruszeniem w drogę do Jerozolimy Jezus nalegał, mówiąc do swoich uczniów: „Weźcie wy sobie dobrze do serca te właśnie słowa: Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi” (Łk 9,44). Teraz, kiedy życie Go opuszcza, pieczętuje On w modlitwie swą ostateczną decyzję: Jezus pozwolił, aby został wydany „w ręce ludzi”, ale w ręce Ojca składa swego ducha; w ten sposób stwierdza św. Jan Ewangelista – wszystko się wypełniło, najwyższy akt miłości został doprowadzony aż do końca, do kresu i poza kres.

Drodzy bracia i siostry, słowa Jezusa na krzyżu w ostatnich chwilach Jego życia ziemskiego dają ważne wskazania dla naszej modlitwy, ale otwierają również na pogodne zaufanie i mocną nadzieję. Jezus, który prosi Ojca, aby przebaczył tym, którzy Go krzyżują zachęca nas do trudnego aktu modlitwy także za tych, którzy nam wyrządzają krzywdę, zaszkodzili nam, abyśmy potrafili zawsze przebaczać, żeby Boże światło mogło oświecić ich serce; zachęca nas, aby żyć w naszej modlitwie tą samą postawą miłosierdzia i miłości, jakie Bóg ma wobec nas: „odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” mówimy codziennie w „Ojcze nasz”. Równocześnie Jezus, który w chwili śmierci powierza się całkowicie w ręce Boga Ojca przekazuje nam pewność, że niezależnie od tego, jak ciężkie byłyby próby, jak trudne problemy, czy ciężkie cierpienia, nigdy nie wypadniemy z rąk Boga, z tych rąk, które nas stworzyły, wspierają nas i towarzyszą nam na drodze naszego życia, ponieważ kieruje nimi miłość nieskończona i wierna.

Wednesday, January 04, 2012

Boże Narodzenie oznacza przyjęcie Chrystusa

Benedykt XVI


Drodzy bracia i siostry,


Z radością witam was na pierwszej audiencji generalnej w nowym roku i z całego serca składam wam i waszym rodzinom moje serdeczne życzenia: Niech Bóg, który w narodzeniu Swego Syna Chrystusa napełnił cały świat radością da dzieła i dni w Swym pokoju. Obecnie trwa okres liturgiczny Bożego Narodzenia. Rozpoczął się on wieczorem 24 grudnia wigilią, a kończy się uroczystością Chrztu Pańskiego. To niewiele dni, ale pełnych tajemnic i celebracji, a wszystko kumuluje się wokół dwóch wielkich uroczystości Pańskich: Bożego Narodzenia i Epifanii. Sama nazwa tych dwóch świąt wskazuje na ich cechy charakterystyczne. Boże Narodzenie świętuje historyczne wydarzenie urodzenia Chrystusa w Betlejem. Epifania, która jako święto zrodziła się na Wschodzie, wskazuje na pewien fakt, ale nade wszystko pewien aspekt tajemnicy: Bóg się objawia w ludzkiej naturze Chrystusa i taki jest sens greckiego słowa epiphaino. W tej perspektywie, Epifania przywołuje wiele wydarzeń, których przedmiotem jest objawienie się Pana: w sposób szczególny adoracja Magów, rozpoznających w Jezusie oczekiwanego Mesjasza, ale także Chrzest w Jordanie z Jego teofanią – głosem Boga z wysoka - oraz cud podczas Wesela w Kanie Galilejskiej – pierwszy „znak” dokonany przez Chrystusa. Przepiękna antyfona Liturgii Godzin łączy te trzy wydarzenia wokół tematu zaślubin Chrystusa z Kościołem: „Dzisiaj się Kościół złączył z Chrystusem, swoim Oblubieńcem, który go z grzechów obmył w Jordanie, biegną mędrcy z darami na królewskie gody, a woda przemieniona w wino cieszy biesiadników” (antyfona z jutrzni). Możemy niemal powiedzieć, że w święcie Bożego Narodzenia podkreślono ukrycie Boga w pokorze ludzkiej kondycji, w Dzieciątku z Betlejem. Natomiast w Epifanii mamy do czynienia Jego objawieniem się, ukazaniem się Boga poprzez to samo człowieczeństwo.

W dzisiejszej katechezie, chciałbym pokrótce przypomnieć niektóre tematy właściwe celebracji Bożego Narodzenia, aby każdy z nas mógł zaczerpnąć z niewyczerpanego źródła tej tajemnicy i przynieść owoce życia.

Nade wszystko pytamy się: jaka jest pierwsza reakcja w obliczu tego niezwykłego działania Boga, który staje się dzieckiem, staje się człowiekiem? Myślę, że pierwsza reakcja nie może być inna, jak radość. „Radujmy się wszyscy w Panu, dzisiaj narodził się nam Zbawiciel. Dzisiaj prawdziwy pokój zstąpił z nieba na ziemię” – tak rozpoczyna się pasterka, i dopiero co słyszeliśmy słowa Anioła do pasterzy: „Oto zwiastuję wam radość wielką” (Łk 2,10). Jest to temat, który otwiera Ewangelię i temat, który ją kończy, gdyż Jezus Zmartwychwstały będzie czynił uczniom wymówkę, że są smutni (por. Łk 24, I7). Jest to nie do pogodzenia z faktem, że pozostaje on Człowiekiem na wieki. Ale uczyńmy krok dalej: skąd rodzi się ta radość? Powiedziałbym, że pochodzi ze zadziwienia serca, widzącego jak Bóg działa w historii, jest to radość, która rodzi się z kontemplacji oblicza tego pokornego Dzieciątka, bo wiemy, że jest to Oblicze Boga obecne na zawsze w naszym człowieczeństwie, z nami. Boże Narodzenie jest radością, gdyż widzimy i jesteśmy ostatecznie pewni, że Bóg jest Dobrem, Życiem, Prawdą człowieka, uniża się aż do człowieka, aby go podnieść ku Sobie: Bóg staje się tak bliskim, że można Go zobaczyć i dotknąć. Kościół kontempluje tę niewypowiedzianą tajemnicę a teksty liturgii tego czasu są przeniknięte zdziwieniem i radością. Wszystkie kolędy wyrażają tę radość. Boże Narodzenie jest punktem, w którym łącząc się niebo i ziemia a różne wrażenia, które w tych dniach odczuwamy, podkreślają wielkość tego, co się wydarzyło: daleki stał się bliski: „Niedostępny chce być osiągalnym, Ten, który istnieje zanim rozpoczął się czas, zaczął być w czasie, Pan wszechświata, przysłonił wielkość Swego majestatu, przyjął postać sługi” – woła św. Leon Wielki (Kazanie 2. o Bożym Narodzeniu 2,1). W tym Dzieciątku, które potrzebuje wszystkiego, to co jest Boże: odwieczność, moc, świętość, życie, radość łączy się z tym, czym my jesteśmy: słabością, grzechem, cierpieniem, śmiercią.

Teologia i duchowość Bożego Narodzenia używają dla opisania tego faktu pewnego wyrażenia, mówią o „admirabile commercium”, to znaczy przedziwnej wymianie między boskością a człowieczeństwem. Święty Atanazy z Aleksandrii stwierdza: „Syn Boży stał się człowiekiem, aby uczynić nas Bogiem” (De Incarnatione, 54,3: PG 25, I92). Ale przede wszystkim wraz ze św. Leonem Wielkim i jego sławnymi „Kazaniami na Boże Narodzenie” rzeczywistość ta staje się przedmiotem głębokiego rozważania. Faktycznie mówi św. Papież: „Jeśli odwołujemy się do niewysłowionej łaskawości Bożego miłosierdzia, która skłoniła Stworzyciela ludzi, aby stał się człowiekiem, to ona wzniesie nas do natury Tego, którego adorujemy w naszej naturze” (8 Kazanie na Boże Narodzenie: CCL 138.139). Pierwszy akt tej przedziwnej wymiany dokonuje się w samym człowieczeństwie Chrystusa. Słowo przyjęło nasze człowieczeństwo, a w zamian natura ludzka została podniesiona do boskiej godności. Drugi akt wymiany polega na naszym rzeczywistym i wewnętrznym uczestnictwie w Bożej naturze Słowa. Powiada św. Paweł: „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo” (Ga 4,4-5). Boże Narodzenie jest zatem świętem, w którym Bóg staje się tak bliskim człowiekowi, aby uczestniczyć w akcie jego urodzenia, żeby ukazać jemu jego najgłębszą godność: że jest synem Bożym. W ten sposób marzenie ludzkości, rozpoczęte w Raju, „chcemy być jak Bóg” realizuje się w sposób nieoczekiwany nie ze względu na wielkość człowieka, który nie może uczynić siebie Bogiem, lecz ze względu na pokorę Boga, który zstępuje i w ten sposób pozwala nam wejść w Swoją pokorę, podnosi do prawdziwej wielkości swego istnienia. II Sobór Watykański powiedział na ten temat: „Tajemnica człowieka wyjaśnia się naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego” (Gaudium et spes, 22). W przeciwnym wypadku pozostaje tajemnicą: co miało by znaczyć to stworzenie człowiek? Jedynie widząc, że Bóg jest z nami możemy dostrzec światło dla naszego istnienia, możemy być szczęśliwymi, że jesteśmy ludźmi, żyć z ufnością i radością. A gdzie uobecnia się w sposób realny ta przedziwna wymiana, aby działała w naszym życiu i czyniła je życiem prawdziwych dzieci Bożych? Staje się bardzo konkretna w Eucharystii. Kiedy uczestniczymy we Mszy św. przedstawiamy Bogu to, co nasze, chleb i wino, owoc ziemi, aby je przyjął i przemienił dając samego Siebie i czyniąc Siebie naszym pokarmem, abyśmy przyjmując Jego Ciało i Krew uczestniczyli w Jego Boskim życiu.

Chcę na końcu zatrzymać się na innym aspekcie Bożego Narodzenia. Kiedy Anioł Pański przychodzi do pasterzy w noc narodzenia Jezusa, św. Łukasz ewangelista zauważa, że „chwała Pańska zewsząd ich oświeciła” (Łk 2,9): Prolog Ewangelii Janowej mówi o Słowie, które stało się Ciałem jako o światłości prawdziwej, która przychodzi na świat, światłości, która może oświecić każdego człowieka (por. J 1,9). Liturgia Bożonarodzeniowa jest przeniknięta światłem. Przyjście Chrystusa rozprasza ciemności świata, wypełnia Świętą Noc niebieską jasnością i kładzie na ludzkich obliczach blask Boga Ojca. Także dziś otoczeni światłem Chrystusa, jesteśmy bardzo zachęceni przez liturgię Bożego Narodzenia, aby nasz umysł i serce oświecił Bóg, który ukazał blask swego oblicza. Pierwsza prefacja o Bożym Narodzeniu głosi: „Przez tajemnicę Wcielonego Słowa zajaśniał oczom naszej duszy nowy blask Twojej światłości; abyśmy poznając Boga w widzialnej postaci, zostali przezeń porwani do umiłowania rzeczy niewidzialnych”. W tajemnicy Wcielenia Bóg, po tym jak mówił i działał w historii za pośrednictwem swoich posłańców a także znaków, „ukazał się”, wyszedł ze swego niedostępnego światła, aby oświecić świat.

W uroczystość Objawienia Pańskiego, 6 stycznia, którą będziemy obchodzili za kilka dni, Kościół proponuje bardzo znamienny fragment z księgi proroka Izajasza: „Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy, a ponad tobą jaśnieje Pan, i Jego chwała jawi się nad tobą. I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu (60,1 -3). Jest to wezwanie skierowane do Kościoła, Wspólnoty Chrystusa, ale także do każdego z nas, by mieć jeszcze bardziej żywą świadomość misji i odpowiedzialności wobec świata w świadczeniu i niesieniu nowego światła Ewangelii. Na początku konstytucji „Lumen gentium” II Soboru Watykańskiego znajdujemy następujące słowa: „Ponieważ Chrystus jest światłością narodów, obecny Sobór święty, w Duchu Świętym zgromadzony, pragnie gorąco oświecić wszystkich ludzi blaskiem Jego jaśniejącym na obliczu Kościoła, głosząc Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (n. 1). Ewangelia jest światłem, którego nie można ukryć pod korcem. Kościół nie jest światłem, ale otrzymuje światło Chrystusa, przyjmuje je, aby być oświeconym i upowszechnić je w całym jego blasku. Powinno to mieć miejsce także w naszym życiu osobistym. Po raz kolejny cytuję św. Leona Wielkiego, który powiedział o Świętej Nocy: „Poznaj swoją godność, chrześcijaninie! Stałeś się uczestnikiem Boskiej natury, porzuć więc wyrodne obyczaje dawnego upodlenia i już do nich nie powracaj. Pomnij, jakiej to Głowy i jakiego Ciała jesteś członkiem. Pamiętaj, że zostałeś wydarty mocom ciemności i przeniesiony do światła i królestwa Bożego” (Kazanie 1 na Boże Narodzenie 3,'2: CCL 138,88).

Drodzy bracia i siostry, Boże Narodzenie oznacza zatrzymanie się na kontemplacji tego Dzieciątka, tajemnicy Boga, który staje się człowiekiem w pokorze i ubóstwie, ale nade wszystko jest ono przyjęciem na nowo w nas samych tego Dzieciątka, którym jest Chrystus Pan, aby żyć Jego życiem, aby sprawić, że jego uczucia, myśli, działania stały się naszymi uczuciami, myślami, działaniami. Celebrowanie Bożego Narodzenia to ukazywanie radości, nowości, światła, które to Narodzenie wniosło w całe życie człowieka, abyśmy i my byli tymi, którzy niosą tę radość, światła Bożego innym ludziom. Po raz kolejny życzę wszystkim okresu Bożego narodzenia błogosławionego obecnością Boga! Dziękuję.

Saturday, December 31, 2011

Te Deum laudamus! - nieszpory na zakonczenie 2011

Benedykt XVI

Księża Kardynałowie,
Czcigodni bracia w biskupstwie i kapłaństwie
Szanowni przedstawiciele władz,
Drodzy bracia i siostry!

Zebraliśmy się w bazylice watykańskiej, by sprawować pierwsze nieszpory uroczystości Świętej Bożej Rodzicielki Maryi i złożyć dziękczynienie Panu na zakończenie roku, wspólnie śpiewając Te Deum. Dziękuję wam wszystkim, którzy zechcieliście zjednoczyć się ze mną, z tej okazji zawsze pełnej uczuć i znaczenia. W pierwszym rzędzie pozdrawiam księży kardynałów, czcigodnych braci w biskupstwie i kapłaństwie, zakonników i zakonnice, osoby konsekrowane i wiernych świeckich, którzy reprezentują całą wspólnotę kościelną Rzymu. W sposób szczególny pozdrawiam obecnych przedstawicieli władz, począwszy od burmistrza Rzymu, dziękując mu za dar kielicha, który zgodnie z piękną tradycją, ponawia co roku. Z serca życzę, aby nie zabrakło zaangażowania wszystkich, żeby oblicze naszego Miasta, coraz bardziej współbrzmiało z wartościami wiary, kultury i cywilizacji, należących do jego powołania i jego długiej historii.

Kolejny rok zbliża się do końca, podczas gdy oczekujemy nowego: z drżeniem, pragnieniami i tymi samymi oczekiwaniami. Jeśli myślimy o doświadczeniu życia, to jesteśmy zdumieni tym, jak w zasadzie jest ono krótkie i ulotne. Z tego powodu nierzadko stajemy przed pytaniem: jaki sens możemy nadać naszym dniom? Jaki sens możemy nadać zwłaszcza dniom trudu i bólu? Jest to pytanie, która przenika historię, a nawet serce każdego pokolenia i każdego człowieka. Na to pytanie jest jednak odpowiedź: jest ona wypisana na obliczu Dzieciątka, które urodziło się dwa tysiące lat temu w Betlejem, a które dziś jest Żyjącym, powstałym z martwych na zawsze. W tkankę ludzkości rozdartą tak wieloma niesprawiedliwościami, niegodziwościami i przemocą wdziera się w sposób zadziwiający radosna i wyzwalająca nowość Chrystusa Zbawiciela, który w tajemnicy swego Wcielenia i Narodzenia pozwala nam kontemplować dobroć i czułość Boga. Odwieczny Bóg wszedł w naszą historię i pozostaje obecny w wyjątkowy sposób w osobie Jezusa, Swego Syna, który stał się człowiekiem, naszym Zbawicielem, który przyszedł na ziemię, aby radykalnie odnowić ludzkość i wyzwolić ją od grzechu i śmierci, by podnieść człowieka do godności syna Bożego. Boże Narodzenie nie jest jedynie upamiętnieniem historycznego wypełnienia tej prawdy, która nas bezpośrednio dotyczy, ale w sposób tajemny i rzeczywisty obdarza nią na nowo.

Jakże sugestywne jest wysłuchanie u schyłku tego roku radosnego przepowiadania, jakie apostoł Paweł kierował do chrześcijan w Galacji: "Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem, aby wykupił tych, którzy podlegali Prawu, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo"(Ga 4,4-5). Słowa te docierają do serca historii wszystkich ludzi i rzucają na nią światło, więcej są jej ocaleniem, ponieważ z dnia Narodzenia Pańskiego przyszła dla nas pełnia czasu. Nie ma zatem miejsca na niepokój w obliczu czasu, który mija i nie wraca; jest teraz miejsce na bezgraniczne zaufanie do Boga, bo wiemy, że jesteśmy kochani przez Tego, dla Którego żyjemy i ku Któremu nasze życie jest ukierunkowane w oczekiwaniu Jego ostatecznego powrotu. Odkąd Zbawiciel zstąpił z nieba, człowiek nie jest już niewolnikiem czasu, który upływa nie wiadomo dlaczego, czy też naznaczonego trudem, smutkiem, bólem. Człowiek jest synem Boga, który wszedł w czas, aby odkupić czas od nonsensu i od tego, co negatywne i który odkupił całą ludzkość, obdarzając ją miłością jako nową perspektywą życia, które jest wieczne.


Kościół żyje tą prawdą i ją wyznaje oraz zamierza ją głosić także dzisiaj z nowym duchowym zapałem. Podczas tej uroczystości mamy szczególne powody, aby uwielbiać Boga za Jego tajemnicę zbawienia, która działa w świecie poprzez posługę kościelną. Mamy wiele powodów, aby dziękować Panu za to, co nasza wspólnota kościelna w sercu Kościoła powszechnego wykonuje w służbie Ewangelii w tym Mieście. W związku z tym, wraz z kardynałem wikariuszem, Agostino Vallinim, biskupami pomocniczymi, proboszczami i całym prezbiterium diecezjalnym, pragnę podziękować Panu zwłaszcza za obiecującą drogę wspólnotową mającą na celu dostosowanie duszpasterstwa zwyczajnego do wymogów naszych czasów poprzez projekt "Przynależność kościelna i współodpowiedzialność duszpasterska". Ma on na celu postawienie na pierwszym miejscu ewangelizacji, aby uczestnictwo wiernych w sakramentach uczynić bardziej odpowiedzialnym i owocnym, aby każdy mógł mówić człowiekowi współczesnemu o Bogu i wyraziście głosić Ewangelię tym, którzy jej nigdy nie poznali, albo też ją zapomnieli.

Quaestio fidei (kwestia wiary) jest priorytetowym wyzwaniem duszpasterskim również dla diecezji rzymskiej. Uczniowie Chrystusa są wezwani, by odrodzić w sobie i w innych tęsknotę za Bogiem oraz radość życia Nim i dawania o Nim świadectwa, zaczynając od zawsze bardzo osobistego pytania: dlaczego wierzę? Należy dać pierwszeństwo prawdzie, uwiarygodniać przymierze między wiarą a rozumem jako dwoma skrzydłami, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy (por. bł. Jan Paweł II, Encykl. Fides et ratio, prolog); czynić owocnym dialog między chrześcijaństwem a współczesną kulturą; odkrywać na nowo piękno i aktualność wiary nie jako aktu samego w sobie, odizolowanego, wpływającego na pewne momenty życia, ale jako stałego ukierunkowania nawet najprostszych wyborów, prowadzącego do głębokiej jedności osoby, czyniącego ją sprawiedliwą, aktywną, dobroczynną, dobrą. Chodzi o ożywienie wiary stojące u podstaw nowego humanizmu, zdolne do tworzenia kultury i zaangażowania społecznego.

W tym kontekście, diecezja rzymska, w czerwcu w ramach kongresu diecezjalnego, rozpoczęła program pogłębienia dotyczący inicjacji chrześcijańskiej i radości rodzenia nowych chrześcijan do wiary. Przepowiadanie wiary w Słowo, które stało się ciałem jest w istocie sercem misji Kościoła i cała wspólnota kościelna musi ponowne odkryć z nowym zapałem misyjnym to nieodzowne zadanie. Zwłaszcza młode pokolenie, które w większym stopniu odczuwa dezorientację, podkreśloną również przez obecny kryzys nie tylko ekonomiczny, ale także wartości, potrzebuje rozpoznania w Jezusie Chrystusie "klucza, ośrodka i celu całej ludzkiej historii" (Sobór Watykański II, Konst. Gaudium et spes, 10).

Rodzice są pierwszymi wychowawcami swoich dzieci do wiary od najmłodszych lat; dlatego trzeba wspierać rodziny w ich misji edukacyjnej poprzez stosowne inicjatywy. Jednocześnie pożądanym byłoby, żeby cykl chrzcielny, pierwszy etap drogi formacyjnej inicjacji chrześcijańskiej nie tylko sprzyjał świadomemu i godnemu przygotowaniu do sprawowania sakramentu, ale zwrócił odpowiednią uwagę na lata bezpośrednio następujące po chrzcie, wraz ze specjalnymi programami biorącymi pod uwagę warunki życia, jakim rodziny muszą stawić czoło. Zachęcam więc parafie i inne wspólnoty kościelne do aktywnego kontynuowania refleksji, by krzewić lepsze zrozumienie i recepcję sakramentów, poprzez które człowiek staje się uczestnikiem życia samego Boga. Niech Kościołowi w Rzymie nie zabraknie świeckich, gotowych zaoferować swój wkład w budowanie żywych wspólnot, pozwalających Słowu Bożemu wniknąć do serc tych, którzy nie poznali jeszcze Pana lub się od Niego oddalili. Równocześnie dobrze byłoby tworzyć okazje spotkania z Miastem, umożliwiające owocny dialog z tymi, którzy poszukują prawdy.

Drodzy przyjaciele, od chwili, kiedy Bóg posłał Swojego Syna Jednorodzonego, abyśmy mogli otrzymać przybrane synostwo (por. Ga 4,5), nie może dla nas być ważniejszego zadania niż całkowite służenie Bożemu planowi. W związku z tym chciałbym zachęcić i podziękować wszystkim wiernym diecezji rzymskiej, którzy czują się odpowiedzialni, aby dać na nowo duszę tej naszej społeczności. Dziękuję wam, rzymskie rodziny, pierwsze i podstawowe komórki społeczeństwa! Dziękuję członkom wielu wspólnot, stowarzyszeń i ruchów zaangażowanych w animowanie życia chrześcijańskiego naszego Miasta!

Te Deum laudamus!, Ciebie Boże chwalimy! Kościół sugeruje nam, abyśmy nie kończyli roku bez skierowania do Pana naszego dziękczynienia za wszystkie Jego dobrodziejstwa. To w Bogu powinna się kończyć nasza ostatnia godzina, ostatnia godzina czasu i historii. Zapomnienie o tym celu naszego życia oznaczałoby upadek w próżnię, życie bez sensu. Dlatego Kościół kładzie w nasze usta starożytny hymn Te Deum. Jest to hymn pełen mądrości wielu pokoleń chrześcijan, którzy czują potrzebę uniesienia swych serc, ze świadomością, że wszyscy jesteśmy w rękach Pana pełnych miłosierdzia.

Te Deum laudamus! Tak śpiewa również Kościół, który jest w Rzymie, dziękując za cuda, jakich Bóg w nim zdziałał i działa. Z sercem pełnym wdzięczności przygotowujemy się do przekroczenia progu roku 2O12, pamiętając, że Pan nad nami czuwa i nas strzeże. Jemu pragniemy tego wieczoru powierzyć cały świat. Wkładamy w Jego ręce tragedie naszego świata i powierzamy również nadzieje na lepszą przyszłość. Składamy te życzenia w ręce Maryi, Matki Bożej, Salus Populi Romani.

Tuesday, December 27, 2011

Ma granice Nieskończony

George Weigel

Wiara chrześcijańska inspiruje prawe życie, nie poprzez strach, ale przez miłość: miłość, która wyraża samą siebie w ludzkiej historii przez pokorę Wcielenia i Świętych Narodzin.

Tytuł najnowszej książki o. Edwarda Oakesa Nieskończoność zmniejszona do Niemowlęcia w obrazowy sposób wyraża wyzwanie, jakie Boże Narodzenie stawia wyobraźni: tajemnica nieskończonego Boga stającego się skończonym człowiekiem.
W tym, co Liturgia Godzin nazywa admirabile commercium – przedziwną zamianą, najtrudniejsze dla naszego pojmowania nie jest „jak?”, najtrudniejsze w zrozumieniu jest „dlaczego?”.

Przyjmując założenie, że Bóg jest wszechmogący i nieskończony, większość z nas bez trudu byłaby w stanie wyobrazić sobie, że taki Bóg może wszystko, łącznie z wejściem w skończony świat, który sam stworzył. Najważniejsze pytanie brzmi: dlaczego taki Bóg mógłby chcieć uczynić coś takiego: poddać swoje Bóstwo ograniczeniom człowieczeństwa; zmniejszyć je do postaci niemowlęcia, a potem posunąć się jeszcze dalej – umrzeć jako torturowany przestępca z rąk swoich własnych stworzeń. Oto „skandal” chrześcijaństwa. Ponieważ odpowiedzią, jaką na pytanie „dlaczego?” daje wiara, jest ofiarna miłość, miłość tak ogromna, że wymagała od samej siebie nie dowodu intelektualnego, lecz aktywnego działania, ukazującego jej istotę.

Teologia chrześcijańskiego Wschodu pomaga nam zrozumieć pełniej przyczyny Wcielenia poprzez koncepcję theosis – przebóstwienia. Bóg staje się człowiekiem, abyśmy my mogli stać się jak Bóg, abyśmy mogli żyć z Nim w wieczności bez przeszkód. Zatem na tym polega admirabile commercium: Bóg „zamienia” swoją boskość na nasze człowieczeństwo, uzdalniając nas przez to do „zamienienia” naszej niedoskonałości na Jego boską chwałę – chwałę, o której aniołowie śpiewali pasterzom w Betlejem. Św. Paweł, pozostając na pustyni pewien czas po objawieniu otrzymanym w drodze do Damaszku, rozważał, w jaki sposób paschalne misterium śmierci i zmartwychwstania Chrystusa wypełniło Boże obietnice składane od momentu ustanowienia Izraela narodem wybranym. Rozważania te doprowadziły Apostoła Narodów do sformułowania po raz pierwszy tezy o tej „zamianie”: „Znacie przecież łaskę Pana naszego Jezusa Chrystusa, który będąc bogaty, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić” (2 Kor 8, 9).

Temat ten znalazł kontynuację w pismach Ojców Kościoła, którzy twierdzili, że dzięki tej „zamianie” ludzie otrzymali moc, by stać się bogami. Grzegorz z Nazjanzu pisał tak: „Starajmy się być takimi jak Chrystus, ponieważ także Chrystus stał się podobny do nas; starajmy się stawać bogami przez Niego, skoro On za naszym pośrednictwem stał się człowiekiem. Wziął na siebie to, co najgorsze, by uczynić nam dar z tego, co najlepsze” (Oratio 1, 5: SC 247, 78). Jeśli słowa o „stawaniu się bogami” brzmią dziwnie w naszych uszach, to być może dlatego, że nie całkiem jeszcze zgłębiliśmy radykalny bezmiar Bożej miłości, która we Wcieleniu „Bóg tak umiłował świat” (J 3, 16), że podwójnie się uniżył swoje Bóstwo, zmniejszając samego siebie do poziomu niemowlęcia po to, byśmy mogli w pełni i naprawdę mieć udział w Bożym życiu.

Wiek XVIII zapoczątkował krytykę chrześcijaństwa, która jak nowotwór dała przerzuty na wiek XIX. Krytyka ta zarzucała, że Bóg Abrahama, Izaaka, Jakuba i Jezusa utrzymywał ludzkość w infantylizmie, zatem tylko wyrzucając Boga Biblii poza nawias ludzkość jest w stanie wyzwolić się i osiągnąć dojrzałość. To oczywiście całkowite odwrócenie prawdy: wiara chrześcijan, głoszona w Drugim Liście świętego Piotra jest taka, że Bóg poprzez Wcielenie uczynił nas „uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1, 4). W ten sposób Boża pokora, przejawiająca się jako miłość, prowadzi nas do pełni ludzkiej dojrzałości i do pełni prawdziwej wolności. Stąd papież św. Leon Wielki w Kazaniu I o Narodzeniu Pańskim, które Kościół rozważa podczas Godziny Czytań w dniu Bożego Narodzenia, mógł w 440 r. upomnieć Kościół rzymski słowami: „Poznaj swoją godność, chrześcijaninie. Stałeś się uczestnikiem Boskiej natury, porzuć więc wyrodne obyczaje dawnego upodlenia i już do nich nie powracaj”.

Wiara chrześcijańska inspiruje prawe życie, nie poprzez strach, ale przez miłość: miłość, która wyraża samą siebie w ludzkiej historii przez pokorę Wcielenia i Świętych Narodzin; miłość, która opowiada o chwale Boga „owiniętego w pieluszki i leżącego w żłobie” (Łk 2, 12)

Thursday, December 22, 2011

Radosc to pewnosc ze Bog mnie kocha

Benedykt XVI

„Ten, kto nie jest kochany, nie może też kochać siebie samego. Jest się przyjętym przede wszystkim przez inną osobę. Jednak każde ludzkie przyjęcie jest kruche. W końcu potrzebujemy bezwarunkowego przyjęcia. Tylko jeśli Bóg mnie przyjmuje i staję się tego pewny, ostatecznie wiem: dobrze, że istnieję. Dobrze być osobą ludzką. Gdzie zanika rozumienie przez człowieka, że Bóg go przyjmuje, że go kocha, tam pytanie, czy naprawdę dobrze jest istnieć jako osoba ludzka, nie znajduje już żadnej odpowiedzi. Wątpliwość co do ludzkiego istnienia staje się coraz bardziej nie do pokonania. Gdzie dominującą staje się wątpliwość co do Boga, tam nieuchronnie dochodzi do wątpliwości co do samego bycia człowiekiem. Widzimy to w braku radości, w wewnętrznym smutku, który można dostrzec na tak wielu ludzkich twarzach. Tylko wiara daje mi pewność: dobrze, że jestem. Dobrze jest istnieć jako osoba ludzka, także w trudnych czasach. Wiara napełnia radością od wewnątrz. Jest to jedno ze wspaniałych doświadczeń Światowych Dni Młodzieży”.

Tuesday, December 20, 2011

orędzie adwentowe 2011

Kiko Argüello

"Nie wiem, jak długo jeszcze będę żył, ale nie łudzę się… Jestem przekonany, że Bestia się budzi. Już na północy Hiszpanii czuje się nienawiść przeciwko "los kikos" [tak nazywani są członkowie wspólnot neokatechumenalnych], nienawiść irracjonalną przeciwko nam, tak jak irracjonalne były rzeczy, które masoneria mówiła przeciwko jezuitom. W Hiszpanii wszyscy mówili, że jezuici są bardzo bogaci, że to oszuści, że są "czarnym papieżem"; mówiono straszne rzeczy przeciwko jezuitom. A lud we wszystko wierzył. Jezuici jednak podtrzymali Kościół, prowadzili wiele seminariów na całym świecie, za ich przyczyną dokonało się olbrzymie dobro. Lecz nienawiść szatana była wielka… Jest w świecie misterium zła i bez pretendowania do porównywania się z jezuitami, czuję, że ta nienawiść skieruje się także przeciwko nam. I wszyscy musicie się na to przygotować. Może wielu z was opuści Drogę, kiedy przeczyta kalumnie w prasie. Zaczną od pieniędzy, bez wątpienia, potem seks, powtarzać będą kalumnie, kalumnie. Ileż to kalumnii wypowiedziano przeciwko pierwszym chrześcijanom! […] Nie bójcie się tego wszystkiego! Kiedy przyjdzie ten czas, Pan nam pomoże; pomoże, ponieważ my będziemy stali przy Piotrze."

Sunday, December 18, 2011

4 niedziela Adwentu B

Benedykt XVI

Drodzy bracia i siostry,

W tę czwartą i ostatnią niedzielę Adwentu liturgia przedstawia nam w tym roku opowieść o Zwiastowaniu Anielskim Maryi. Rozważając wspaniałą ikonę Maryi Panny w chwili, gdy otrzymuje Ona boskie przesłanie i odpowiada na nie, zostajemy wewnętrznie oświeceni przez światło prawdy, które ciągle na nowo promieniuje z tej tajemnicy. Szczególnie pragnąłbym się przez chwilę zatrzymać na znaczeniu dziewictwa Maryi, na fakcie, że poczęła Ona Jezusa, pozostając dziewicą.

W tle wydarzenia z Nazaretu jest proroctwo Izajasza. „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel” (Iz 7, 14). Ta dawna obietnica znalazła niezwykłe spełnienie we Wcieleniu Syna Bożego. Nie tylko bowiem Maryja Panna poczęła, ale uczyniła to za sprawą Ducha Świętego, to znaczy samego Boga. Byt ludzki, który zaczyna żyć w Jej łonie, otrzymuje ciało z Maryi, ale Jego istnienie pochodzi całkowicie od Boga. Jest w pełni człowiekiem, uczynionym z ziemi – by użyć symboliki biblijnej – ale pochodzi z wysoka, z Nieba. Fakt, że Maryja poczyna, pozostając dziewicą, jest zatem istotny dla poznania Jezusa i dla naszej wiary, świadczy bowiem o tym, że inicjatywa wyszła od Boga i przede wszystkim objawia, kim jest poczęty. Jak mówi Ewangelia: „Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym” (Łk 1, 35). W tym sensie dziewictwo Maryi i bóstwo Jezusa gwarantują się nawzajem.

Dlatego właśnie tak ważne jest to jedyne pytanie, które Maryja, „bardzo zmieszana”, kieruje do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” (Łk 1, 34). W swojej prostocie Maryja jest niezwykle mądra: nie wątpi w moc Boga, ale pragnie lepiej zrozumieć Jego wolę, aby całkowicie się jej podporządkować. Tajemnica ta nieskończenie przewyższa Maryję, a jednak zajmuje Ona doskonale wyznaczone jej miejsce w samym jej centrum. Jej serce i umysł są w pełni pokorne i właśnie ze względu na Jej szczególną pokorę Bóg oczekuje „tak” od tej dziewczyny, aby spełnić swój plan. Szanuje Jej godność i wolność. „Tak” Maryi zakłada zarazem dziewictwo i macierzyństwo, i pragnie, aby wszystko w Niej zmierzało do chwały Boga i aby Syn, który się z niej narodzi, mógł być całkowicie darem łaski.

Drodzy przyjaciele, dziewictwo Maryi jest jedyne i niepowtarzalne, ale jego znaczenie duchowe dotyczy każdego chrześcijanina. Jest ono w istocie związane z wiarą: ten bowiem, kto głęboko ufa w miłość Boga, przyjmuje do siebie Jezusa, Jego boskie życie, przez działanie Ducha Świętego. To właśnie stanowi tajemnicę Bożego Narodzenia! Życzę wszystkim wam, abyście przeżyli je z wewnętrzną radością.

Thursday, December 08, 2011

Maryja Niepokalanie Poczeta

Benedykt XVI

„Drodzy bracia i siostry!

Wielkie święto Niepokalanej Maryi zaprasza nas co roku, by zgromadzić się tutaj, na jednym z najpiękniejszych placów Rzymu, aby złożyć jej hołd, Matce Chrystusa i naszej Matce. Z miłością pozdrawiam wszystkich tutaj obecnych, jak i tych, którzy łączą się z nami poprzez radio i telewizję. Dziękuję wam też za żywy udział w tym moim akcie modlitwy.

Na szczycie kolumny, na której umieścimy kwiaty Maryja jest przedstawiona w posągu, który po części przypomina odczytany przed chwilą fragment Apokalipsy: „Wielki znak się ukazał na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu” (Ap 12,1). Jakie jest znaczenie tego obrazu? Przedstawia on równocześnie Matkę Bożą i Kościół.

Nade wszystko „niewiasta” z Apokalipsy to sama Maryja. Jawi się Ona jako „obleczona w słońce”, to znaczy ubrana w Boga: Panna Maryja rzeczywiście jest całkowicie otoczona Bożym światłem i żyje w Bogu. Ten symbol świetlistej szaty jasno wyraża stan, który dotyczy całego bytu Maryi: jest Ona „łaski pełna”, wypełniona miłością Boga. Św. Jan powiada, że „Bóg jest światłością” (1 J 1,5). Tak więc „łaski pełna”, „Niepokalana” odzwierciedla całą swoją osobą światło „słońca”, którym jest Bóg.

Ta niewiasta ma pod stopami księżyc, symbol śmierci i śmiertelności. Maryja jest w rzeczywistości w pełni włączona w zwycięstwo Jezusa Chrystusa, swego Syna nad grzechem i śmiercią; jest wolna od wszelkiego cienia śmierci i całkowicie napełniona życiem. Tak jak śmierć nie ma już żadnej władzy nad zmartwychwstałym Jezusem (por. Rz 6,9), tak też ze względu na szczególną łaskę i przywilej Boga Wszechmogącego, Maryja pozostawiła ją poza sobą, przezwyciężyła ją. Przejawia się to w dwóch wielkich tajemnicach jej życia: na początku – poczęcie bez zmazy grzechu pierworodnego – tę tajemnicę obchodzimy dzisiaj: a u kresu – wniebowzięcie z duszą i ciałem do chwały Boga. Jednakże także całe jej ziemskie życie było zwycięstwem nad śmiercią, ponieważ było poświęcone całkowicie na służbę Bogu, w pełnym ofiarowaniu siebie dla Niego i dla bliźniego. Z tego powodu Maryja jest sama w sobie opiewaniem życia: jest stworzeniem, w którym już dokonało się słowo Chrystusa: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie i miały je w obfitości” (J 10,10).W wizji Apokalipsy jest jeszcze inny szczegół: na głowie Niewiasty obleczonej w słońce znajduje się „wieniec z gwiazd dwunastu”. Znak ten przedstawia dwanaście plemion Izraela i oznacza, że Panna Maryja znajduje się w centrum Ludu Bożego, całej wspólnoty świętych. W ten sposób ów obraz wieńca z dwunastu gwiazd wprowadza nas w drugą wielką interpretację znaku niebieskiego „Niewiasty obleczonej w słońce”: obok przedstawiania Matki Bożej znak ten uosabia Kościół, wspólnotę chrześcijańską wszystkich czasów. Niewiasta ta jest brzemienna, w tym sensie, że niesie w swym łonie Chrystusa i ma Go zrodzić dla świata: oto udręka Kościoła pielgrzymującego na ziemi, który pośród Bożego pocieszenia i prześladowania świata musi ludziom nieść Jezusa.

Właśnie dlatego, ponieważ niesie Jezusa, Kościół napotyka na sprzeciw okrutnego przeciwnika, przedstawionego w apokaliptycznej wizji jako „wielki smok barwy ognia” (Ap 12,3). Ten smok które bezskutecznie próbował pożreć Jezusa –„Syna - Mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną”(12,5) - na próżno, ponieważ Jezus przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, wstąpił ku Bogu i zasiadł na Jego tronie. Tak więc smok, który został pokonany w niebie raz na zawsze, skierował swoje ataki na Niewiastę - Kościół - na pustyni świata. Ale w każdym czasie Kościół jest podtrzymywany światłem i mocą Boga, który karmi się go na pustyni chlebem Swego Słowa i świętej Eucharystii. W ten sposób we wszelkich uciskach, poprzez wszystkie próby na jakie napotyka w różnych czasach i w różnych częściach świata, Kościół cierpi prześladowanie, ale okazuje się zwycięzcą. Właśnie w ten sposób wspólnota chrześcijańska jest uobecnieniem, gwarancją miłości Boga w obliczu wszelkich ideologii nienawiści i egoizmu.
Jedyne sidła, jakich Kościół może i powinien się obawiać to grzech jego członków. Podczas gdy Maryja jest naprawdę Niepokalana, wolna od wszelkiej zmazy grzechu, to Kościół jest święty, ale równocześnie naznaczony naszymi grzechami. Z tego powodu Lud Boży, pielgrzymujący w czasie, zwraca się do swej Matki Niebieskiej i prosi ją o pomoc: prosi o nią, aby towarzyszyła Ona drodze wiary, aby zachęcała do zaangażowania w życie chrześcijańskie i aby wsparła naszą nadzieję. Potrzebujemy jej, zwłaszcza w tym tak trudnym momencie dla Włoch, dla Europy, dla różnych części świata. Niech Maryja pomaga nam dostrzec, że istnieje światło poza płaszczem mgły, która wydaje się okrywać rzeczywistość. Dlatego także my, zwłaszcza przy tej okazji, nie przestajemy prosić z synowską ufnością o jej pomoc: „O Maryjo bez grzechu poczęta, módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy”. Ora pro nobis, intercede pro nobis ad Dominum Iesum Christum!

Thursday, December 01, 2011

The Bride and the Bridegroom in Holy Communion

Dr. Edward Sri

In the new English translation of the Mass, a beautiful change has been made to the prayer that comes shortly before Holy Communion is distributed. The priest has been saying, "Happy are those who are called to his supper" as he held up the Eucharistic host. But the new translation of this prayer is more robust. The priest will say, "Blessed are those who are called to the supper of the Lamb."

These new words certainly command our attention. And they underscore how the Eucharist is no ordinary meal, for they recall a climactic moment in the book of Revelation when Jesus comes to unite himself to his people in a great heavenly wedding feast.

In this scene, Jesus Christ, the Lamb of God, is depicted as a bridegroom joining himself to his bride, the Church. An angel announces this loving union by saying, "Blessed are those who are invited to the marriage supper of the Lamb" (Revelation 19:9). In the new translation, the priest at Mass more clearly echoes this angelic invitation to the heavenly wedding feast.

When you hear these words in the liturgy, therefore, you should realize that you are, in a sense, receiving a wedding invitation! And at this great marriage feast, you are no ordinary guest. When you come down the aisle to receive Holy Communion, you come as the bride, as a member of the Church. And you come to be united with your divine Bridegroom who gives Himself to you in the most intimate way possible here on earth-in the Holy Eucharist.

Here, we see how the Eucharist involves an intimate, loving communion with our Lord Jesus-one that is likened to the union shared between a husband and wife. Indeed, Holy Communion is a participation in that heavenly wedding supper of the Lamb, which celebrates the union of the divine bridegroom, Jesus, with his bride, the Church.

Amazing the Son of God

In response to this invitation, we will no longer say, "Lord, I am not worthy to receive to you." Instead, we will say, "Lord, I am not worthy that you should enter under my roof."

These new words recall the humility and trust of the Roman centurion in the gospels who asked Jesus to heal his servant who was at his house, paralyzed and in distress. As a Gentile, outside of God's covenant, and a Roman officer in charge of a hundred soldiers who were oppressing God's people, this centurion humbly recognizes his sinful condition and his unfavorable position among the Jews. He acknowledges that he-as a gentile, a Roman and a centurion-is not worthy to have Jesus, the holy Jewish rabbi, come to his home: "Lord, I am not worthy to have you come under my roof."

Yet the Roman Centurion also expresses a great faith that surpasses that of many others in the gospels and amazes even Jesus, which says a lot. (After all, it must take a lot to amaze the Son of God!) Even though up to this point in the gospels, Jesus has only performed healings for people in his presence, this Roman centurion believes Jesus can heal from afar-a long distance miracle-simply by speaking his word: "But only say the word, and my servant shall be healed" (see Matthew 8:8; Luke 7:6-7). Jesus praises this man for his faith.

Like the centurion, we, at this moment in the Mass, recognize our own sinful condition and our unworthiness to have Jesus come sacramentally under the “roof” of our souls in Holy Communion. Yet just as the centurion believed Jesus was able to heal his servant, so do we trust that Jesus can heal us as he becomes the most intimate guest of our souls in the Eucharist. Thus, we will say words similar to that of the trusting Centurion, "But only say the word and my soul shall be healed."

Hollow Hearts, Waiting To Be Filled! - I Advent

Six hundred years before the Word became flesh and dwelt among us, Isaiah was dreaming. In a very modern sounding lament, he was yearning for a glimpse of the glory of the "old days" when God was more, shall we say, visible: "Oh, that you would rend the heavens and come down, with the mountains quaking before you, while you wrought awesome deeds we could not hope for, such as they had not heard of from of old." (Isaiah 63) Isaiah yearns for God to be present in his time of exile and expectation. "For you have hidden your face from us..."



Isaiah longs, as we all still do, for the veil to be pulled back; for Divinity to reveal itself to humanity. Little could he dream that soon Divinity would actually conceal itself in humanity! If he only knew what God was about to do! The Author will enter His own Story, and the Potter Himself become clay!



Isaiah's classic image of God as the Potter and we the clay has a very incarnational feel to it. And a feel of mystery too. Imagining ourselves as clay means we cannot see, we can only feel. We feel the Master's touch, feel in our "earthen vessels" the movement of the Master's hands: the pinch that stings, the pressure that simplifies and smoothes out our lumps. If we yield to Him, we sense in our very being the delicate shaping and reshaping of His hands. Through life's experiences, it is the fine-tuning of Him making us His masterpiece.



Advent is the expectation of the great art our Father will make of us if we just let Him spin the potter's wheel, grafting spirit and flesh into Nature's finest creation. So let us let Him whirl us about in this workshop. This messy, dusty workshop of sanctity. And let's watch the excess of layered clay be stripped from us, and let's be emptied, made hollow for His purposes. Hollow vessels so designed to be filled with His Word, His love!

Saturday, December 18, 2010

IV Niedziela Adwentu C

O. Augustyn Pelanowski

Mamy ostatnia niedzielę Adwentu i tekst ewangelii Łukasza opowiadający o Nawiedzeniu. Dlaczego akurat nawiedzenie w przeddzień narodzenia Jezusa? Trochę to nie po kolei. Myślę jednak, że on doskonale oddaje napięcie adwentowego pragnienia spotkania się z Synem Boga, choć dążenie i wyglądanie spotkania Jezusa rysuje się w tym fragmencie zaskakująco dla nas. Oto bowiem, okazuje się, że to nie my posiadamy nieposkromioną potrzebę spotkania się z Synem Najwyższego, ale On! To nie Elżbieta biegnie do Miriam, by w uścisku wyczuć ruchy płodu Mesjasza, ale biegnie Miriam niosąc w sobie Bożego Syna, by objąć ramionami Elżbietę i jej dać szansę na wewnętrzne poruszenie wyzwalające wielką radość. Jedynie Bóg najwłaściwiej przeżywa adwent, dążąc do odszukania człowieka zagubionego w gąszczu cywilizacji. Zauważmy ważny szczegół, okolica, do której podążała Miriam, była górzysta. Słowo HOREINOS, które zostało tutaj użyte, sugeruje miejsce niedostępne, górzyste, zarośnięte, do którego z trudnością się dociera. Nie jest łatwo dotrzeć Bogu do człowieka. Wzmianka o tym gąszczu górskim kojarzy się z zagubieniem Adama w gąszczu rajskim. Przyjrzyjmy się Miriam, a właściwie Jej Dziecku, które jest jeszcze ukryte w łonie. Zanim Jezus nauczył się chodzić, zanim nauczył się mówić jakiekolwiek słowa, inspiruje duchowo swoją Matkę do drogi w miejsce niedostępne, bo pragnie dotrzeć do człowieka zagubionego w gęstwinie grzechów. Komu tak naprawdę zależy na spotkaniu? Człowiekowi? Czy Bogu? Kto tu kogo wygląda? Kto do kogo dąży? Kto przeżywa adwent?

Fakt nawiedzenia, pokazuje Miriam, jako kogoś, kto przyśpiesza spotkanie Syna Bożego i człowieka. W Niej dzieje się to o wiele szybciej, niż poza Nią. Była taką i w Kanie Galilejskiej, tam też jeszcze nie wybiła godzina przemiany, a jednak stało się dzięki Jej spontaniczności i trosce. Powinniśmy sobie to przyswoić i z tego korzystać – zaczynając od modlitwy do Niej, a kończąc na takim wsłuchaniu się w Słowo Boga, jakie Ją cechowało. Dlatego zapraszam do refleksji nad pewnym dziełem sztuki, które świetnie te cechy obrazuje. Chciałbym opowiedzieć o pewnym obrazie Rembrandta z 1645 roku zatytułowanym „Święta Rodzina”, który można sobie z zapartym tchem podziwiać w Rijksmuseum. Bardzo skromne płótno, ale niezwykłe przede wszystkim w swej wymowie duchowej choć ma też swoje niezaprzeczalne walory estetyczne.

W ciemnym pomieszczeniu, siedzą tuż przy schodach młodziutka Matka Miriam, Babcia Anna i w kołysce jeszcze śpiący maleńki Jezus. Nie ma Józefa. Anna drzemie mając na dłoniach opleciony sznur, którym porusza, albo już przestała, delikatnie kołyską. Babcine przywiązanie do Wnuczka może szczerze wzruszać. Słynny luminizm Rembrandta ujawnia się z całym bogactwem raczej macierzyńskiego ciepła niż jako przerażające lśnienie potężnej chwały Boga z Horebu. Zza pochylonej nad Biblią głowy Miriam bije ciepła jak macierzyńska miłość poświata i wydaje się, że wprost z kart Biblii otwartej jak brama. Światło jest jakby stłumione, może dlatego, by w ogóle można było na nie patrzeć, bez mrużenia oczu? Najsilniejsze światło potrzebuje filtra, by można było je obserwować – na Słońce można spojrzeć jedynie gdy je przysłania Księżyc w czasie zaćmienia. Myślę, że takim Księżycem, jest osoba Miriam, dzięki Niej Jezus jest Słońcem, które nie powala, lecz przyciąga. Kiedy Jan zobaczył Jezusa na Patmos, padł jak martwy – gdyż była to konfrontacja oko w oko z Bogiem, bez przysłony, bez żadnego filtra. Sam Jezus, szczególnie w ewangelii Marka, nakazywał milczenie o swej tajemnicy, co może wydawać się niezrozumiałe, ale On nie chciał przerażać, lecz oswajająco przyciągać. Umniejszał swój blask, by nim nie porażać. Nie do końca mi się chce wierzyć, że domagał się milczenia na temat swych cudów, by Go nie mylono z mesjaszem politycznym. Politycy nie wierzą w cuda, nawet gdyby one zaistniały, chociaż to, co oni wyborcom obiecują, przekracza możliwości cudów. Wydaje się, że nakazywanie milczenia było spowodowane pragnieniem zasłonięcia swej potęgi, by ludzie się Go nie bali. Tylko trzem z apostołów ujawnił swoje Oblicze, które raziło jak słońce w pełni i pamiętamy ich przerażenie. Ale wróćmy do Miriam, bo adwent jest tak bardzo maryjny. Rembrandt przedstawia Miriam, jako słuchającą swego Syna przez Biblię, bo przecież Ten, jako niemowlę, jeszcze nie umiał mówić. Miriam wpatruje się w otwartą Księgę, jakby przez nią pragnęła przyjrzeć się Synowi. Księga objawia Syna i działa jak filtr, nie poraża, ale oswaja ze światłem jakie wydobywa się ze Słowa Przedwiecznego. Jest to bardzo adwentowy, moim zdaniem, rys tego dzieła. Oto roraty w Betlejem. Miriam jak gorliwa uczennica musaru, po prostu spędza noc przy Torze, adorując w ten sposób Syna, zanim objawi się On światu! Raszi twierdził, iż ten, kto nie przedłuża swojego dziennego studiowania Tory o nocne czuwanie, straci swoje życie. Człowiek, jak pisze Dessler, gdy choćby na moment odwraca swoją uwagę od Tory, od razu wpada w szpony jecer hara, czyli złej skłonności, a mówiąc jaśniej po prostu nie jest w stanie oprzeć się pożądliwości. Szatanowi wystarczy maleńka szczelinka bezczynności, by opanować naszą uwagę inwazją pokus. Kołyska z Jezusem, co mnie od razu zadziwiło, gdy zobaczyłem ten obraz, jest ustawiona pod samymi schodami prowadzącymi do drzwi umieszczonych w górze, ponad poziomem posadzki, na której rozsiadła się Rodzina. Schody prowadzą w dół, czyli do poziomu uniżenia się Syna Bożego aż do postaci noworodka. Co za uniżenie! Ktoś, kto by zechciał ich tamtej nocy odwiedzić, musiałby jednak, chcąc zasiąść przy Jezusie, zejść po schodach jak najniżej. Przypomina mi się scala humilitatis, Bernarda z Clairvaux, z tym, że Rembrandt namalował siedem stopni, a nie dwanaście, jak to uczynił Bernard wypisując kolejne stopnie uniżenia potrzebnego, by upodobnić się do Syna Bożego. Może to aluzja do siedmiu grzechów głównych, z których trzeba po prostu zejść, by być blisko Jezusa? Jeszcze jeden szczegół wart naszej adwentowej uwagi: stara babcia Anna po prostu drzemie! No cóż, starość nie radość. Jej śpiąca postać, jednak rzuca ogromny, wykrzywiony cień na ścianę! Zasnąć przy Jezusie, i to nawet śpiącym, nie jest bezpiecznie, rodzą się cienie i koszmary przerastające człowieka. Co innego, jeśli Jezus zaśnie przy człowieku. Zasnął przecież w łodzi w czasie burzy i mimo to nikomu nic się nie stało! Uciszył burzę. Ale gdy uczniowie przedrzemali modlitwę w Ogrodzie Oliwnym - jakże spokojnie rajskiej scenerii - stracili Go w godzinę później i wydawało się, że na zawsze. Zasnąć przy Jezusie – to rzuca cień nawet na kogoś tak świętego, jak babka Jezusa. Mówię to z humorem oczywiście, ale mimo to potraktujemy poważnie to ostrzeżenie. Zdumiewa natomiast Miriam - czuwa nocą przy Biblii i przy Synu. Spędza noc przy Słowie, ponieważ Jezus jeszcze nie nauczył się do niej mówić choćby: Mama! Przesłanie jak najbardziej adwentowe dla nas. Być może do wielu z nas Jezus jeszcze nie przemówił osobiście, ale jest Biblia – jego Słowa w niej przemawiają, a jej okładki wyglądają jak dwa skrzydła bramy, toteż dają szansę by każdy z nas stał się odźwiernym Biblii na czas adwentu. Przy schodach Biblii jest brama do nieba i tu może zacząć się prawdziwy adwent. Odnajduję w tym obrazie wezwanie Ducha Świętego: czuwaj przy Biblii, czuwaj przy Miriam, czuwaj przy drzwiach sakramentu pojednania, znajduj światło mimo ciemności, zrozumienie mimo trudności pojmowania, wypatruj światła w ciemności i nie ulegaj jej. Możemy Jezusa spotkać już teraz, zanim przyjdzie w paruzji, gdy tylko weźmiemy Biblię do ręki, możemy razem z Miriam spotkać się z Nim szybciej niż przewidujemy.

III Niedziela Adwentu C

O. Augustyn Pelanowski

Około 1450 roku, włoski malarz Piero Della Francesca namalował dzieło zatytułowane „Chrzest Jezusa”, na którym wszystkie postacie są pozbawione cienia. Prześwietlenie. Być może artysta po prostu zapomniał o namalowaniu cieni, ale może chciał przez to podkreślić zbawczy skutek chrztu: uwolnienie od ciemności? Co robić, by już nie wlókł się za człowiekiem cień smutku spowodowany grzechem? Mamy przed sobą dziś niezwykle skromny tekst, jego treść ukazuje Jana nad Jordanem pytanego przez tłumy o postępowanie po chrzcie. Żadnych przemądrzałych wynurzeń, żadnych refleksji filozoficznych, żadnych wyrafinowanych form literackich. Niezwykle prosty styl i uboga akcja. Musimy wysilić wyobraźnię, by sobie to wydarzenie odtworzyć, gdyż poza lakonicznymi pytaniami i odpowiedziami, nie ma tu żadnych barwnych opisów. Tłumy ludzi cisną się do niego z pytaniem: co mamy czynić? To właściwie nasze najczęstsze pytanie, które nas dręczy. Ale nie chodzi o zajęcia typu posprzątać, czy wbić gwóźdź w ścianę, iść do sklepu, czy przeczytać książkę, tylko CO ZROBIĆ Z ŻYCIEM, JAK ŻYĆ? Każda praca jest pracą nad sobą, doskonalącym dorastaniem do wymiaru, który chciałby w nas widzieć Bóg. Kontekst rozmowy wskazuje raczej na sens moralny tego pytania: co robić, by nie odczuwać wyrzutów sumienia i mieć pewność, że się zyska upodobanie Boga. Na taki sens wskazują odpowiedzi Jana, jak również okoliczności chrztu pokuty, którym posługiwał Jan. A więc co robić, by żyć dobrze i nie niepokoić się zarzutami sumienia? Dojrzewać duchowo rozpoczynając od najmniejszego kroku! Zwróćmy uwagę na wskazania Chrzciciela: każdej z przychodzących do niego grup dawał tylko jedno zadanie. Nie wygłosił mowy o 613 przykazaniach, bo byłby to za wysoki poziom dla ludzi, którzy dopiero co wyznali swe nieprawości. Nie był to także czas ewangelizowania przez Jezusa. Chrzciciel radzi zrobić tylko jeden krok. Mówi: nie krzywdź, nie okradaj, dawaj jałmużnę, bądź uczciwy. Okazuje się, że to aktualne pouczenia również dla nas, bowiem mimo dwu tysięcy lat chrześcijaństwa, większość społeczeństwa żyje w neopogaństwie i dlatego nauka Jana, którą dziś odczytujemy i poddajemy medytacji, jest niezwykle świeża. Życie duchowe nie zaczyna się od wielkich postanowień, lecz od najmniejszych i najlepiej jeśli skupiamy się na dzisiejszym dniu, a nie na przyszłości. Nie mów: już zawsze będę uczciwy, ale dziś będę uczciwy. Choć embrion zawiera materiał genetyczny pozwalający mu istnieć w postaci dojrzałego człowieka, nie każe się mu zdawać na uczelnię albo robić prawo jazdy. Od zasadzonego warzywa, ogrodnik najpierw oczekuje jednego listka choćby, a nie owoców. Ważna jest bowiem satysfakcja, jaką odczuwa człowiek, gdy uda mu się uczynić choćby najmniejszy dobry czyn. Zwycięstwo nad sobą, jest nam potrzebne bardziej niż pokonywanie innych. Satysfakcja z dobra staje się przyjemnością innego rzędu, niż zmysłowa i bez jej odkrycia trudno przerwać przywiązanie do degustacji zła. Tłumy pytając o kierunek rozwoju moralnego słyszą z ust Jana: podziel się odzieniem, udziel jałmużny; żołnierze słyszą: nikogo nie krzywdzicie, niech wam wystarczy żołd; celnicy: nikogo nie okradajcie, żyjcie uczciwie. Pod skromną powierzchnią tych pouczeń, ujawniają się trzy ważne tematy biblijne: jałmużna, służba, uczciwość. Czy kogokolwiek z nas nie stać na takie duchowe rezultaty? Człowiek potrzebuje na początku swego nawrócenia delikatnych korekt, ponieważ jest bezsilny i zraniony własną niegodziwością, oczekuje czegoś, co może osiągnąć bez wielkiego wysiłku, jak na to wskazuje Paweł: „A ja nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jak do niemowląt w Chrystusie. Mleko wam dałem, a nie pokarm stały, boście byli niemocni; zresztą i nadal nie jesteście mocni” (1 Kor.3,1-2).

Przyjrzyjmy się więc tym trzem wezwaniom Chrzciciela:

JAŁMUŻNA: Jałmużna w Biblii zajmuje uprzywilejowane miejsce. Księga Tobiasza przypisuje jej nawet moc odpuszczania naszych grzechów: „Jałmużna uwalnia od śmierci i oczyszcza z każdego grzechu. Ci, którzy dają jałmużnę, nasyceni będą życiem” (Tob 12,9 ). Potwierdza tę prawdę Syrach. „Woda gasi płonący ogień, a jałmużna gładzi grzechy” (Syr 3,30). Zadziwia mnie moc uwalniania od śmierci. Czy chodzi o ochronę przed nagłą śmiercią? Czy też śmierć, o której tu mowa, to po prostu śmierć duchowa spowodowana grzechem? Czy też może raczej chodzi o zagwarantowania zmartwychwstania tym, którzy są hojni w dawaniu jałmużny? Natomiast moc uwalniania i oczyszczania z każdego grzechu, powinna chyba zainteresować najbardziej tych, którzy powstrzymują się od spowiedzi, albo w ogóle utrzymują dystans do Kościoła. Jezus podkreśla, by motywacja obdarowywania była jak najczystsza. Wykonywanie dobroczynności, jest to bowiem niebezpieczne dla dawcy - kiedy obdarowuję, czerpię z tego słuszną lecz delikatną satysfakcję i wzrasta moje poczucie wartości, ale ono może się niezauważlanie zwyrodnić w pyszne budowanie maski własnego ego. Tego typu nastawienie jest niegodziwe, bowiem nie ma tu już miejsca na troskę, współczucie, empatię, lecz w ich miejscu pojawia się pragnienie samozadowolenia, wykorzystania czyjejś biedy dla przeżycia nawet dominacji i wyższości. Dlatego Mistrz z Nazaretu mówił: „Kiedy zaś ty dajesz jałmużnę, niech nie wie lewa twoja ręka, co czyni prawa, aby twoja jałmużna pozostała w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie” (Mat. 6,3-4). Mam tak udzielać jałmużny, by nie chwalić się tym dobrym czynem, nawet przed samym sobą, nie mówiąc już o innych. Trzeba jej tak udzielać, jakby się jej nie udzielało. Tylko wtedy jest ona pięknym czynem, gdy się ukrywa jej piękno. Jałmużna była podstawową cechą człowieka, którego określano mianem sprawiedliwy: CADYK. Biblia postrzega jałmużnę nawet jako obowiązek. Wszystko, co mamy przecież jest dane nam od Boga, więc jest bardziej Jego własnością niż naszą, a Jego wolą jest wspomaganie ubogich. Bóg jednak dzieli się z nami swoją troską o innych i daje nam środki, byśmy za Niego to czynili. Ten, kto daje jałmużnę staje się ręką Boga. Wspomagając kogoś, właściwie dbam najlepiej o siebie, gdyż zdobywam upodobanie Boga, nie mówiąc już o osobistym szacunku do siebie, który wzrasta z każdym aktem pomocy udzielonej komuś, kto jest w trudniejszej kondycji ode mnie.

SŁUŻBA: Służba państwu, na przykład wojskowa służba, policyjna, medyczna i jakakolwiek inna, jest jak sama nazwa wskazuje służeniem, i nie powinna stawać się okazją do dominowania czy tym bardziej krzywdzenia ludzi. Celem jej jest obrona, wsparcie, pilnowanie porządku oraz troska o zdrowie i zapewnie innym pokoju. Są to cele jak najbardziej moralnie zaszczytne z punktu widzenia Biblii. Jednakże służenie w takich obszarach życia społecznego wiąże się z władzą, a władza stwarza niebezpieczeństwo jej nadużycia, dając upust własnym ambicjom lub spaczonym potrzebom. Krytycznym dowodem takich wynaturzeń są obozy koncentracyjne albo łagry czy też cele tortur, gdzie krzywda przybrała rozmiar mordu. Jan nie nakazywał opuszczenie armii żołnierzom, ponieważ służba wojskowa jest godziwym zajęciem, szczególnie, gdy staje się w obronie skrzywdzonych, napadniętych, zagrożonych. Z krzywdą mamy do czynienia dopiero wtedy, gdy się napada, zabija bez potrzeby, dręczy niewinnych. Krzywdzeniem jest na pewno bycie najemnikiem, ponieważ jedynym motywem walki jest wtedy korzyść finansowa. W jakimś sensie wszyscy walczymy ze złem służąc dobrem i zalecenie Jana może dotyczyć wszystkich. Przecież każdy z nas ma swój zakres służenia innym i nikt z nas nie żyje w izolacji. W miejscu, w którym służysz innym, gdziekolwiek to jest począwszy od okienka na poczcie, aż po bycie prezydentem, pojawia się moralna powinność kierowania sie dobrem drugiego człowieka. Jan zwracając się do żołnierzy nakazał im ograniczyć się do służenia i powstrzymanie się od krzywdzenia innych ludzi. Trzeba zauważyć, że jest to pierwszy krok w przemianie człowieka: po pierwsze nie szkodzić! Zaczyna się wszystko od jednego czynu, ale kończy się na trwałej postawie. Każdy ludzki czyn może stać się okazją by przekroczyć swoje ograniczenia i lęki, przezwyciężyć chore wyobrażenia o sobie samym oraz egocentryzm. Każda służba, jest okazją do przekroczenia egocentryzmu, ponieważ jest nastawiona na dobro drugiego, nawet za cenę własnego życia, wyczerpania, ryzyka utraty zdrowia. Żeby zdobyć się na decyzję nie krzywdzenia nikogo, potrzeba zdecydować się na konkretny jeden jedyny czyn, który wykonam dziś, w tym miejscu, w którym jestem postawiony. Potencjalna ofiara mojego egocentryzmu zapewne jest blisko mnie, w moim środowisku. Jeśli tylko uczynię ten krok, by nie krzywdzić, to zapewne na tym się nie skończy. Żołnierz, który odmawia rozkazu strzelania na egzekucji do bezbronnego i niewinnego więźnia, wkracza na obszar zaryzykowania własnym życiem. Mamy tego przykład w dramacie Otta Schimka. Odmowa wykonania aborcji, może narazić lekarza na nieprzyjemną presję oraz medialną nagonkę, podobnie policjant, który nie daje się przekupić mafijnym strukturom, naraża swoje zdrowie i bezpieczeństwo rodziny. W sferze służby, wystarczy się powstrzymać, by zaryzykować życie i spokój. Mało tego, powstrzymując się od krzywdzenia, pokonuję kompromis i mam szansę rozwinąć się ku wspaniałomyślności. Wspaniałomyślność wnosi okazję do rezygnacji z własnego dobra na korzyść drugiego w sposób wyjątkowy lub bohaterski. W dawnych czasach ludzie wspaniałomyślni, byli naznaczani godnością szlachetności, tworzyli elitę społeczną a ich herby często zawierały symboliczne podkreślenie czynu, na który się zdobyli dla dobra innych. Jest w tym coś paradoksalnego: im wspaniałomyślniej poświęcam sie dla innych, tym bardziej dbam o własną szlachetność, czyli o własne dobro. Po bitwie pod Płowcami, na pobojowisku Władysław Łokietek wraz ze świtą dojrzał wojownika Floriana Szarego, któremu wnętrzności wyszły na wierzch z powodu ran zadanych włóczniami. Poświęcił swoje zdrowie, zaryzykował życie a teraz cierpiał dla dobra swych rodaków leżąc na pobojowisku. Wzruszony król nagrodził jego poświęcenie i nadał mu herb „jelita” na którym widnieją trzy włócznie. Być może był zwykłym rolnikiem a jego przydomek „Szary” to spolszczenie łacińskiego określenia kogoś, kto oczyszcza ziemię z chwastów: Sarius? Jeden wspaniały czyn, uczynił go szlachcicem, zapewne motywując go już przez całe życie do podobnych czynów. Niekiedy wprawa w oczyszczaniu ziemi z chwastów znajduje swoje zastosowanie w plewieniu wrogów. Każdy z nas, kto tylko jest postawiony w służbie społeczeństwu, ma choć jeden wyjątkowy moment w życiu, w którym może przekroczyć siebie ku odwadze i wspaniałomyślności, nawet zwykły rolnik taki, jak Bartosz Głowacki czy pasterz Dawid. Nawet jeśli jesteśmy przesiąkniętymi złością ludźmi, mamy choć jedną okazję w życiu, by stać się wspaniałymi, jak dowodzi tego film Clinta Eastwooda „Gran Torino”. Człowiek szlachetny, ma prawo do dumy, gdy jego czyn jest oparty na właściwych wartościach. Imitacją szlachetności jest rodzaj pychy, zwany arogancją, czyli przypisywanie sobie zasług, na które się jednak nie zdobyło.

UCZCIWOŚĆ: Nie tylko kradzież, ale też wszelkie formy zwodzenia ludzi są niemiłe Bogu. Duchowość człowieka sprawdza się nawet w interesach. Wystarczy otworzyć księgę Amosa, by przekonać się, że wszelka nieuczciwość, wyłudzanie, naciąganie, wykorzystywanie, malwersacje, kradzieże są ścigane przez gniew Nieba. Trzeba też przypomnieć, że niewypłacanie wynagrodzenia pracownikom, albo zaniżanie go, jest grzechem wołającym o pomstę do nieba i na pewno skończy się ową pomstą. Jerozolima nie tylko dlatego stała się pastwą Babilończyków, ponieważ szerzyło się w niej bałwochwalstwo, ale również dlatego, że ostatni królowie wykorzystywali ubogą ludność, zmuszając ją do prac przy budowie wielkich gmachów, nie dając żadnego wynagrodzenia oraz podnosili podatki. Roboam stracił większość swego królestwa, ponieważ nie chciał ulżyć w podatkach. W 22 rozdziale Jeremiasza, wprost prorok wskazuje nieuczciwość, jako powód zniszczenia miasta w 587 roku w czasie najazdu Nabuchodonozora. W programie Dwunastu Kroków anonimowych alkoholików, jest mowa o bezkompromisowej uczciwości jako warunku zdrowienia. Jak się okazuje, nieuczciwość, tak zaburza silnie człowieka, że utrudnia uwolnienie od nałogów. Uczciwość zdobywamy już wtedy, gdy nie pozwalamy sobie na jazdę tramwajem bez biletów. Jakiś czas temu, przybył do mnie mężczyzna, który był zatrudniony w biurze pewnej wielkiej instytucji. Po wyznaniu swych grzechów, dodał na końcu niepewnym głosem, że trochę go niepokoi jeszcze jeden problem, który według jego rozeznania nie jest grzechem. W sytuacji niepewności moralnej lepiej jest jednak ją wyznać, aby uzyskać jasność, sumienie bowiem nie powinno opierać się na wątpliwościach. Biblia mówi, aby nasza postawa była zdecydowana: „niech wasza mowa będzie tak-tak, nie-nie, a co ponadto, jest od diabła”. Okazało się, że zabrał do domu z biura zestaw pisaków i miał z tego powodu niepokój, choć twierdził, że nie uważa tego za grzech. Według niego pisaki były niewiele warte i były masowo kupowane do biura. Rzeczywiście – odrzekłem - to prawda, że są niewiele warte, ale o wiele poważniejszą stratą jest oswojenie sumienia z kradzieżą. Jak się okazało, od wielu lat wynosiła różne drobne przedmioty, których łączna wartość mogła być dość pokaźna. I co najdziwniejsze, od lat był ogromnie zadłużony. Zastanawiam się, czy ogromne zadłużenie, które trwa latami nie jest wskazówką, by przyjrzeć się swej osobistej nieuczciwości? Czy zadłużenie jakiegoś państwa, nie ma związku z okradaniem jego obywateli przez władze? W naszym świecie wykorzystywanie i nieuczciwość są rozpowszechnione i wydaje się, że nie tylko walka, ale nawet mówienie o uczciwości jest bezcelowe, ale wystarczy jeden uczciwy, by ze względu na niego Bóg podtrzymywał ten świat. Czy w miasteczku, w którym żyje stu mieszkańców i 99 jest złodziejami, ten ostatni - setny powinien też kraść, dlatego, że wszyscy kradną? A może to miasteczko istnieje tylko dlatego, że ten jeden jedyny nie kradnie? Według pewnej legendy biblijnej, gdy Bóg stworzył świat, zobaczył, że on się chwieje na dwie strony. Spytał więc Bóg: „Co ci jest, że tak się kolebiesz? „A świat odrzekł: „Panie nie mogę stać spokojnie, bo nie mam podpory”. Bóg więc rzekł: „Dam ci podporę, jednego sprawiedliwego, o imieniu Abraham, który będzie dla ciebie oparciem”. Dlatego istnieje pewna starożytna nadinterpretacja biblijna związana ze stworzeniem świata. W księdze Rodzaju (2,4) zapisano sformułowanie kończące dzieło stworzenia świata: „gdy były stwarzane” (BEHIBARAM). Hebrajskie litery tego wyrażenia są tymi sami, które po przestawieniu tworzą wyrażenie: „w Abrahamie” (BAABRAHAM), gdyż wierzono, że świat może trwać, gdy na nim żyje choćby jeden jedyny uczciwy człowiek. I właśnie Abraham był niezwykle uczciwym człowiekiem. Wolał być skrzywdzony, niż wymierzać innym sprawiedliwość, wolał zapłacić nawet za to, co było jego własnością, jeśli ktoś mu ja zabrał, jak to było w przypadku studni Beer Szeba. Uczciwość jest aktem wiary w opatrzność Boga, podobnie jak jakakolwiek kradzież jest aktem niewiary, brakiem zaufania do Boga i zlekceważeniem Go.

II Niedziela Adwentu C

O. Augustyn Pelanowski

Druga niedziela adwentu odsłania postać Jana Chrzciciela, proroka, który bezpośrednio poprzedzał ujawnienie się Mesjasza Jezusa. Jeśli Kościół na niego wskazuje palcem liturgii, to dlatego, by nam dać szansę pojąć kluczowy sens jego misji, której wymowa nigdy się nie zdezaktualizowała: przed przyjęciem Mesjasza konieczną postawą człowieka jest skrucha, uznanie swej niegodziwości. Nazywamy to NAWRÓCENIEM czy też opamiętaniem się. Nawrócenie jest dziełem Boga, człowiek może jedynie stworzyć sprzyjające warunki przez wejście w postawę skruchy. Trzeba zwrócić uwagę na Jana, który nie skupiał się na proponowaniu czy narzucaniu ludziom jakichś surowych wyrzeczeń, lecz doprowadzał ich do zanurzenia się w wodach Jordanu i wyznawaniu win. To wszystko? Powiedzielibyśmy ze zdziwieniem! Tak, ponieważ mistrzem i twórcą nawrócenia jest Duch Święty, dlatego też nazywamy nawrócenie “odrodzeniem i odnowieniem w Duchu Świętym” (Tyt. 3, 5). A skoro jesteśmy dziećmi, a nawet niemowlętami (1P.2,2), to pomyślmy przez chwilę, co może uczynić niemowlę, które się zanieczyściło? Czy może się samo wykąpać, albo zmienić pieluchę? Może najwyżej poinformować matkę swym płaczem, że wydarzyło się coś nieprzyjemnego. Matka dokonuje dzieła oczyszczenia, ona zdejmuje zanieczyszczoną pieluszkę i zanurza swoje dziecko w wanience, obmywa i wyciera, po czym zakłada świeżego pampersa. Banalne porównanie, ale jak sądzę, najbardziej adekwatne. Możemy tylko szczerze zapłakać, nad własnymi nieczystościami, Duch Święty, jak matka czyni całą resztę. Dlatego Jan wprowadzał poruszonych słuchaczy do Jordanu, a oni wstrząśnięci wiarygodnością słów Jana, wyznawali swe winy. Przez lata spowiadania przekonałem się, że nic tak człowiekowi nie ciąży, jak potrzeba przyznania się do swych podłości i jednocześnie nic tak nie jest trudne do wykonania. A gdy wreszcie da się tej potrzebie upust uczciwie, towarzyszy temu deszcz łez. Nawrócenie nie jest jedynie procesem intelektualnym ale też uczuciowym, z tym, że żadne uczucie nie jest autentyczne jeśli wcześniej człowiek nie przejął się w swych myślach niegodziwością osobistych czynów. Stąd innymi określeniami nawrócenia są zmiana myślenia (metanoia) albo opamiętanie. Jeśli na poziomie myślenia i słuchania człowieka naprawdę dał się gruntownie przekonać o fatalnych skutkach własnych grzechów, uczucia mogą stać się ogromną siłą zdolną uczynić miejsce dla Ducha Świętego, który dokonuje dzieła przeobrażenia.


Biblia nazywa nawrócenie nowym stworzeniem (Ef 2,10-15). Żeby to wyjaśnić trzeba sięgnąć pamięcią do początków. Bóg stwarzając świat wyłonił go niczym jakaś akuszerka z łona chaosu. Natomiast księga Wyjścia o Mojżeszu mówi, jako o wyjętym z wody, ale zanim to się stało, wpierw dwie tajemnicze akuszerki, wydobyły go z łona matki, pomiędzy kamieniami porodowymi, które są szkicem dwóch tablic z Dekalogiem. Natomiast kiedy jego matka Jokebed ujrzała swego syna w chwilę po porodzie, dostrzegła, że jest piękny lub dobry a jest to identyczne sformułowanie, z tym, które wypowiedział Bóg po stworzeniu każdego z sześciu dni stworzenia – KI TOW. Jak widzimy, stworzenie i zrodzenie więcej niż kojarzą się ze sobą w Biblii. Tę więź stworzenia i zrodzenia trzeba jeszcze przedłużyć o jeszcze jedną jakość: nawrócenie, o czym mówił Jezus zdumionemu Nikodemowi, kiedy porównywał nawrócenie do narodzin z łona matki. Wynika z tego, że nawrócenie nie leży w mocy człowieka. Nikt samego siebie nie może stworzyć, ani nikt sam siebie nie urodzi, tym bardziej nie nawróci. Jesteśmy zrodzeni nie z krwi, ani z ciała, ani z woli człowieka, lecz z Boga (J 1,13). Żeby się narodzić potrzeba łona. Ludzie wychodzący z wód Jordanu, zapewne nie byli świadomi jak bardzo ta czynność odwołuje się do ich narodzenia z wód płodowych. Nie możesz sam siebie narodzić nawet z naturalnej matki, bo to przekracza twoje możliwości i nie możesz sam siebie nawrócić, choć wydaje ci się, że możesz tego zapragnąć i wyznać prawdę o sobie, ale czy poznanie swej nędzy jest twoim dziełem, czy też Boga? Noworoczne postanowienia mają krótką gwarancję i się rozsypują razem z igłami zeschniętej jodełki, stojącej w kącie pokoju. Jeszcze na chwilę odwołajmy się do motywu narodzin z łona, jako pierwotnej matrycy nawrócenia. Nawrócenie wywołuje w człowieku lęk, który nie jest tylko zwykłym uczuciem, ale jak to powiedział Rollo May, jest ontologiczną cechą człowieka. Narodziny są pierwowzorem wszelkiego lęku, który jest ściśle związany z problemem wolności. Gdy przeżywasz lęk, stoisz przed nową nieznaną przestrzenią wolności i by do niej się przecisnąć - niczym noworodek przeciskający się przez łono matki - czujesz ucisk, duszenie się, zasycha ci gardło. Oto dlaczego ludzie odczuwają przed wyznaniem swych win lęk przypominający uraz urodzin. Lęk jest oszołomieniem wolnością i zatrzymuje nas przed krokiem, który prowadzi do wolności. Oto dlaczego tak trudno się wyspowiadać i również tłumaczy to dlaczego ludzie po dobrej spowiedzi czują się „nowonarodzeni”.


Oczywiście nie byłoby możliwe nieustanne rodzenie się przez spowiedź, której źródłem jest chrzest, gdyby nie zasługi Jezusa. Prawdę mówiąc, Bóg nie dopatrzyłby się niczego w człowieku, co skłoniłoby Go do miłości, przecież lekceważymy Go, pomijamy, spychamy na margines, uganiamy się za idolami tego świata, nurzamy się w nieczystościach, zarozumiale wynosimy się, jesteśmy chciwi, zakłamani, nienawidzący, złośliwi, lubujący się w pijaństwie i niszczeniu się nawzajem, zabijamy własne dzieci, cudzołożymy i przeklinamy. Oto do czego jedynie zdolny jest człowiek! Jest tego wystarczająco dużo, by poczuć wstręt, zresztą sami go odczuwamy do samych siebie nierzadko, choć może tego sobie nie uświadamiamy. Jest tylko jedna jedyna motywacja dla Boga, by nas na nowo wzbudzać do przywileju bycia jego dzieckiem, oczyszczonym i uniewinnionym: Bóg, który jest bogaty w miłosierdzie, dla swej wielkiej miłości, którą nas umiłował, ożywił nas razem z Chrystusem. Łaską zbawieni jesteście (Ef 2,4-5). Powodem naszego nawrócenie i obdarzenia przywilejem najcudowniejszej więzi z Bogiem, jest zasługa i wstawiennictwo Jezusa. I to właśnie przez Jezusa, Bóg wykonuje w nas to, co miłe jest w oczach Jego (Hbr 13,21). Mnie to osobiście zawstydza, ale nie poniża. Ktoś przeze mnie dokonuje czegoś dobrego, a potem mnie za to wynagradza. Posłużmy się porównaniem: na egzaminie dającym mi wstęp do upragnionej uczelni dostaję test, którego nie umiem rozwiązać. Obok mnie siedzi syn rektora, zasiadającego w komisji, również zdający egzamin. Kątem oka dostrzegam, że idzie mu świetnie. Tymczasem ja pocę się i gryzę nerwowo długopis próbując wybrnąć z niemożliwego położenia. Czuję, że nie mam szans. Nagle syn profesora podsuwa mi dyskretnie rozwiązany test. Oddaję test komisji i ojciec tego syna, rektor, stawia mi za rozwiązanie najlepszy stopień. Po ukończeniu uczelni dowiaduję się, że ojciec tego syna, ów rektor uczelni, nie tylko o wszystkim wiedział, ale sam inspirował tę pomoc, bo ulitował się nad moją beznadziejną sytuacją i pozwolił mi zdać tamten egzamin. Z punktu widzenia ludzkich układów byłoby to nieuczciwe, ale czy nie tak jest z nawróceniem? Tyle, że u Boga nic nie jest nieuczciwe, tylko po prostu życzliwie miłosierne. Nie przyjąć natchnienia do nawrócenia jest znieważeniem łaski, którą Bóg nam dyskretnie podsuwa, przez działanie swego Syna, w Jego Duchu. Wzgardzić prezentem, to wzgardzić ofiarodawcą. On wstawia się za wybranymi, którzy jeszcze nie potrafią uwierzyć (J 17,20). Przez tego Syna są na nas zlewane wszystkie duchowe dobrodziejstwa niebios (Ef 1,3). Ale dary te nie przyszły na nas z łatwością, z jaką można komuś podpowiedzieć rozwiązanie egzaminu. To było bolesne i przeklęte dla Syna Bożego. Żaden noworodek z żadnej matki nie urodził się z takim bólem, jaki Chrystus wycierpiał za nas, gdy na krzyżu pozwolił sobie otworzyć swój bok, byśmy wszyscy usłyszeli, jak usłyszał to Jan, że oto znowu mamy tę samą Matkę, co Jezus, a skoro tę samą Matkę, to i tego samego Ojca. Męczarnia na krzyżu była niczym bóle porodowe matki, która rodzi swoje dziecko. Owszem dziecko urodzone w największym bólu, jest najbardziej ukochane, bo drogo kosztowało jego przyjście na świat. Szczerze wierzący, nie zapomina o bólu Chrystusa, podobnie jak dziecko, które wie, że matka urodziła go ocierając się o śmierć, nigdy tego matce nie zapomni.

Zdawanie sobie sprawy z miłości Boga do mnie i ceny, jaką za mnie zapłacił, oto początek zwrócenia się do Niego. Paweł, pisząc do Koryntian, posługuje się podobnym porównaniem: “W Chrystusie Jezusie zrodziłem was przez ewangelię” (1 Kor 4, 15). To nie patos starożytnej epistolografii nakazywał mu posługiwać się wzruszającymi porównaniami. Wystarczy przeczytać, ile to go kosztowało, aby ogłosić nie tylko Koryntianom, wieść o przebaczeniu Boga i pragnienie Jezusa uczynienia z ludzi żyjących w najbrudniejszych pożądaniach własnych, oczyszczonych dzieci (por. 2 Kor 11, 24-27). Brzmi to surowo, ale prawdziwe, a nam nie wolno z chrześcijaństwa uczynić jedynie sentymentalnej dewocji, albo wydumanej i nadmiernie intelektualnej refleksji. To, co prawdziwe jest trudne, stwierdził Rilke.

Ale jest jeszcze inny istotny czynnik, inicjujący nawrócenie oprócz tego, że łaska Pana obmywa nas darmowo. Jan Chrzciciel chrzcił wodą, wprowadzał ludzi na dno Jordanu i pozwalał Duchowi Świętemu ich przemienić, ale wpierw obchodził całą okolicę i głosił Słowa Boga, które wcześniej Bóg jemu przekazał. Dlatego jest napisane o Janie, iż skierowane zostało do niego Słowo Boga i choć do niego zostało skierowane, nie tylko dla niego było zaadresowane. Co to znaczy? Trudno się nawrócić, bez zderzenia się z Biblią. Słowo Objawia nie tylko Boga, ale też prawdę o człowieku. Oświeca to, co jest w wewnętrznej ciemności serca. Wyjaśnia, obnaża, nazywa, dotyka do żywego, ale też leczy. Jest jak opatrunek, jak gorzkie lekarstwo, łagodzi ból, goi, i umacnia, wreszcie zabezpiecza na przyszłość. W sumieniu jest wiele nienazwanych, mrocznych, zepchniętych wspomnień o naszych czynach, które są jak niezaleczone rany. Wielu ludzi, dorosłych, wykształconych, zajmujących poważne pozycje w społeczeństwie, klękając przy konfesjonale spowiada się na poziomie przedszkolaka. Większość ludzi nie potrafi nawet nazwać ani nawet przyznać się do złych czynów, które produkują jak kserokopiarki, powielając setkami te same grzechy, które im szatan ułożył na ekranie wyobraźni. To coś więcej niż opór przed wglądem i fortyfikacje mechanizmów obronnych. Ilu ludzi zdaje sobie sprawę z własnej zarozumiałości, albo pogardy, która w ciągu dnia ponad dwieście razy podsuwa im w myśli wulgarne epitety nie godne ujawnienia, gdy mrużąc powieki przypatrują się swoim bliźnim? Nie tylko takie słowa jak dureń, idiota, debil, głupek, wariatka przebrzmiewają nieustannie w naszym umyśle, gdy tymczasem na zewnątrz uśmiechamy się do tych ludzi i sympatycznie z nimi rozmawiamy. Bóg widzi serce i słyszy szepty umysłu. Czy nie powiedziała Prawda, że gdybym na brata powiedział: RAQA, czyli pusta głowo, winny jestem Wysokiej Rady (Mt 5, 22)? Ale czy my samych siebie słyszymy? Gdyby nie mowy Chrystusa, czy ktoś zrozumiałby co stało się na krzyżu? Właśnie słowami Jezus zdradza niewypowiedziane osądy serca, jakie rodziły się u słuchających go ludzi. Posiadał wgląd tak przenikliwy jak żaden wytrawny psychoanalityk. Gdy uzdrowił sparaliżowanego, ludzie byli oburzeni i osądzali Go w sercu, szepcząc zaledwie miedzy sobą, nie ośmielając się nic powiedzieć na głos. Wtedy On powiedział do nich: „Co za myśli nurtują w sercach waszych?” (Łk 5, 22). Podobnie było przy uzdrowieniu człowieka, który miał uschła rękę: „On wszakże znał ich myśli i rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: «Podnieś się i stań na środku!» Podniósł się i stanął”. (Łk 6, 8). Gdy apostołowie w ukryciu spierali się o to, kto z nich jest największy, Jezus, jak napisano: „znając myśli ich serca, wziął dziecko, postawił je przy sobie i rzekł do nich: «Kto przyjmie to dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmie, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. Kto bowiem jest najmniejszy wśród was wszystkich, ten jest wielki»„ (Łk 9, 47-48). Nic nie jest przed Nim zakryte i dlatego lepiej jest słuchać Jego słów chcąc siebie poznać, niż próbować samego siebie zrozumieć. Człowiek zdany na własną ocenę, zawsze będzie się usprawiedliwiał, a przez to, nigdy nie pozna prawdy o sobie. Słuchać i dać się przekonać Słowu Biblii, przez którą przemawia Jezus, to drugi warunek istotny w nawróceniu. Dlatego i my mamy szanse dopiero wtedy samych siebie przyjrzeć się do cna, prześwietlić wewnętrzny bałagan osądów i pychy, porównywania się i złości, gdy słyszmy Słowo Boga. To Słowa Boga są tym nieskalanym nasieniem, przez które możemy być zrodzeni do postaci nowego człowieka (1 P. 1, 23). Prawda tych słów jest zdolna nas uświęcić (J 17, 17). Finalnym celem nawrócenia jest uczestnictwo w chwale Boga, abyśmy i my i On przeżywali niekończące się szczęście: „Oto idą synowie twoi, których wysłałaś, idą, zebrani ze wschodu i zachodu na słowo Świętego, ciesząc się chwałą Boga” (Ba 4, 37). Nawrócenie ma za cel doprowadzenie człowieka, do uczciwego szczęścia, które Biblia nazywa chwałą!


Pozostaje jeszcze nam na końcu zwrócić uwagę na ten przedziwny wstęp. Marek wymienia cały szereg przywódców począwszy od Tyberiusza poprzez Piłata, Heroda, Filipa, Lizaniasza, Annasza, Kajfasza i na końcu tego szpaleru ustawia Jana. Ten ostatni nie za bardzo pasuje do tej elity. To prawda. Wyobraźmy sobie, że stoją oni wszyscy w szeregu, w swych purpurach, diademach, dumni i pewni, że jeśli już Bóg przemówi, to na pewno, do któregoś z nich, a nie do jakiegoś prostego Żyda z prowincji. Tymczasem Słowo Boga ich wszystkich omija i ku ich zdziwieniu spoczywa na tym Żydzie kulącym się w sierści wielbłądziej. Wynagradza kopciuszka a nie dygnitarzy. Jakie byłoby ich zdziwienie, gdyby wiedzieli, że w oczach Boga są nikim, natomiast ten, który w ich oczach był nikim, jest dla Boga cenniejszy niż oni wszyscy razem! Bóg kocha niezwykle pokornych i tych, którzy z drżeniem czczą jego Słowo! (Ps 66, 2)

I Niedziela Adwentu C

O. Augustyn Pelanowski

W tekście przeznaczonym na ten dzień, czytamy w dosłownym tłumaczeniu: trwajcie bez snu! Czytam te słowa i lekko się uśmiecham, ponieważ już od dawna mam problemy ze snem i dużą część nocy przeznaczam na przygotowanie Słowa Bożego, gdyż w ciągu dnia posługuję. Jestem jak piekarnia: nocą jest wypiek, a w ciągu dnia darmowa sprzedaż. Jezus nie dzieli doby dla swych sług na idealne trzy ósemki: sen, praca, medytowanie. Każe czuwać nocą, a to przecież łamie naturalny porządek. Czy człowiek nie powinien siebie samego przekraczać, by się rozwijać? Co więc robić w adwencie? Nie wyspać się?
Kościół w tę pierwszą niedzielę adwentu, każe nam trochę opacznie, skierować bezsenne oczy nie tyle w kierunku Betlejem, co raczej ku paruzji. Nie na to, co jest początkiem zbawienia, ale jak się ono sfinalizuje. Co to jest paruzja? Ostateczne przyjście Chrystusa w chwale, w pełni życia wiecznego, jakie ma do zaofiarowania ludzkości oczekującej absolutnego przeobrażenia życia i zniesienia na zawsze nowotworu śmierci, rozpaczy grzechu i wszelkiego cierpienia. Ostateczny temat teologii jest tu pierwszym, ponieważ jest naszą najważniejszą nadzieją i najgłębszym pragnieniem. Właśnie tego oczekujemy. W Betlejem Bóg objawił się w człowieku, w paruzji człowiekowi zostanie udostępnione Bóstwo. Zaczęło się na wioseczce, skończy głębiej niż w kosmosie! Czy jest jakiś człowiek, który nie ma już dość tej męki, życia, które w każdej godzinie może zaskoczyć cierpieniem, opuszczeniem, kalectwem, wypadkiem, rozwodem, krzywdą, pijaństwem, przemocą, torturami, wojnami, chorobami psychicznymi, gwałtami, prześladowaniami, szerzącą się dominacją perwersji, coraz liczniejszym sieroctwem? Każdego dnia widzę cierpienie i tysiące żyjących w męczarni i desperacji. Sam zadaje cierpienie i sam jestem raniony. Czy obecny świat jest naprawdę pełen uśmiechu, jak to widzimy na każdej reklamie? Czy na pewno używanie kremu przeciwzmarszczkowego z drzewa bukowego pozbawi mnie obawy przed starzeniem? Nie zbawiłoby mnie od trwogi istnienia nawet stworzenie takiego świata jaki wydumał Huxley, świata w którym istnieje ministerstwo, którego celem jest minimalne skrócenie oczekiwania na zaspokojenie każdego kaprysu człowieka. Może się jednak okazać, że takim świecie medyczne przedłużenie życia doczesnego jest jedynie za cenę obniżenia sprawności umysłowej, a stosowanie leków, które natychmiast uwalniają od depresji, pozbawią w tym samym momencie kreatywności i duchowości. Ten świat może być wielokrotnie poprawiany przez człowieka, ale i tak nie nigdy nie będzie szczęściem, jakiego oczekujemy. Oczekuję, by Bóg przeobraził wszystko, bo ludzkie pomysły na przedłużenia życia są żałosne i przypominają składanie pożywienia do sarkofagu faraona.

Bóg zapewnia nas o istnieniu świata, który jest wolny od śmierci i cierpienia i dlatego w modlitwie OJCZE NASZ z determinacją mówię: PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE. Paruzja nie objawi się oczywiście w chwili mojej śmierci. Moja śmierć może być sądem szczegółowym tylko związanym z moją osobą, a paruzja zbiega się z sądem ostatecznym dotyczącym całego świata. Może słowo SĄD nas niepokoi, ale ci, którzy w tym świecie żyją w komunii z Jezusem, nie muszą się bać Jego przyjścia, mogą co najwyżej lękać się jeszcze boleśnie raniącej zdolności tego świata i obawiać się utracić łaskę uświecającą, czyli gwarancji utrzymującej w człowieku życie zmartwychwstałego Jezusa, który nam się daje w sakramentach, a prześwietnie w Eucharystii. Nie mogę się bać przyjścia Jezusa, bo jest czymś nieracjonalnym bać się nadejścia oryginalnego szczęścia, które mnie wreszcie pozbawi możliwości cierpienia. A paruzja nie nadchodzi wraz ze śmiercią moją, ponieważ nie jestem całą ludzkością. Gdy umieram ja, to wcale nie oznacza, że umierają wszyscy ludzie jak pisze Martelet. Z kolei, umierając, nie dostępuję jeszcze pełni zmartwychwstania, choć już żyję w Zmartwychwstałym, ponieważ ten Zmartwychwstały jeszcze nie przeobraził całego świata, który nadal jest kaleczony śmiercią a przesunięcie całkowitego przeobrażenia świata jest spowodowane miłosierdziem ponieważ jeszcze wielu Szawłów czeka na swój Damaszek.

Piotr pisze: ”Nie zwleka Pan z wypełnieniem obietnicy – jak niektórzy są przekonani, że Pan zwleka – ale On jest cierpliwy w stosunku do nas. Nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich chce doprowadzić do nawrócenia” (2P3,9). Toteż w tysiącach komór celnych dopiero liczą swoje oszczędności rozliczni Mateusze albo już ze łzą w oku czytają OPOWIEŚĆ WIGILIJNĄ Dickensa, i być może dopiero rosną sykomory i dopiero rodzi się sto czterdziesty czwarty Zacheusz. Niejedna teściowa jeszcze nawet na gorączkę nie zachorowała i wielu opętanych jeszcze się rzuca kamieniami po cmentarzach przeganiając wieprze gadareńskie. Może jeszcze nie urodziła się niejedna chora na anoreksję córka Jaira i sądzę, że wiele zranionych kobiet, których wspomnienia z dzieciństwa krwawią na razie wydają całe swoje oszczędności na lekarzy. Gdyby więc teraz nastąpiła paruzja, oni nie zdążyliby się jeszcze uchwycić skrawku szaty Jezusa, i ich wiara nie zaistniałaby. Nie każe się górnikowi, który przebywał w zawalonym i mrocznym chodniku w kopalni tydzień czasu, od razu otworzyć oczy na słonecznym poziomie, gdy go wybawi ekipa ratunkowa. Bez wiary trudno mówić o zbawieniu. Chrystus mógłby usunąć śmierć już teraz, jest zdolny to uczynić, taki był pierwszorzędny sens jego zmartwychwstania, nieuchronnie wtedy wylałaby się na nas wieczność życia Boga, ale wielu z nas jeszcze nie dojrzała do wyboru wiary. Gdyby teraz usunął śmierć, wtedy po prostu nastąpiłoby zniesienie w całości tego świata, ale nie byłby on jeszcze wypełniony Chrystusem na ile się tylko da. Nastąpiłoby zniesienie bez wypełnienia. Czy się wycina figę obłożoną nawozem, która zaczyna rodzić owoce? Paruzja byłaby przedwczesnym finiszem i być może miliony ludzkich istnień byłoby niedojrzałych do niej, nieprzygotowanych na nią, nie zdążyłoby zaznać komunii z Jezusem na tym poziomie istnienia. Sakramenty są wyjątkową szansą na komunikację z Jezusem zmartwychwstałym i On w nich czeka wypełniony w sercu nabrzmiałym pragnieniem stworzenia więzi miłości między sobą a ludźmi oraz wybawiania nas z bezsilności jaka przygniata człowieka w grzechu.

Wydaje się, że dopiero wtedy, gdy cała ludzkość przerazi się niemożliwością wyjścia ze skutków swoich zbrodniczych pomysłów, przybędzie znowu On, ten, który potrafi wyciągnąć rękę do tonącego Piotra, a nie do Piotra, któremu udaje się jeszcze kroczenie po falach czasu. Czyż nie, dlatego dziś czytamy o znakach trwogi bezradnych narodów, które będą zwiastowały nadejście Mesjasza w paruzji? Znaki na słońcu, księżycu, gwiazdach i jakiś totalny potop. Potencjał nuklearny istniejący już na świecie potrafiłby wywołać chyba gigantyczne i promieniotwórcze tsunami? Świat zmierza ku gorszemu, ku punktowi krytycznemu, a krytyczny punkt może być ostatecznym przesileniem. Talmud mówi, że Mesjasz przyjdzie, gdy świat będzie już całkowicie zepsuty, gdy będzie całkowicie winny, bowiem wtedy wszystko będzie z góry, czyli będzie zależało już tylko od łaski Wszechmogącego. Księga Kapłańska mówi symbolicznie: kiedy całe ciało człowiek pokryte jest trądem, człowiek jest czysty (por. Pwt 4,28-30). Kiedy całe ciało ludzkości przekona się, że jest nieuleczalnie trędowate, to właśnie może być momentem przeobrażenia. Kiedy wszyscy ludzie zdadzą sobie sprawę z winy, przyjdzie pełnia odkupienia. Podobnie, gdy pojedynczy człowiek do głębi uświadamia sobie sprawę ze swego upadku, z którego nie może się już podnieść, może zdobyć się najsilniejszy akt zwrócenia się ku Bogu, czyli nawrócenia w najczystszej szczerości. Przebudzenie następuje, gdy noc dobiega końca, światło rozbłyska, przed wschodem słońca noc jest najciemniejsza. Właśnie pośród tej narastającej ciemności, słowa Jezusa o trwaniu na czuwaniu, w bezsenności, stają się zrozumiałe. Dla tych, którzy czuwają w nocy, świt jest wcześniejszy. Greckie AGRYPNEO dosłownie tłumaczy się, jako bycie bezsennym, czujnym, czyli kimś, kto już się przebudzili i uczestniczy w dniu, mimo trwania jeszcze nocy. Chodzi o to, by nie utożsamić się z ciemnością nocy, jaka spowija świat. Nocą jest owe obżarstwo, pijaństwo i wszelki troski doczesne, które Jezus wymienia mając na myśli nie tylko grzeszny styl życia, ale i koszmarne uwikłanie się tym świecie tak daleko posunięte, że uniemożliwia człowiekowi otwarcie oczu na Jezusa i na prezent życia wiecznego, jaki już dyskretnie rozpakował w tym świecie. Wyrzeczenie daje sposobność dostrzegania w tym świecie miłującego i życzliwego Boga, który wskazuje Nową Ziemię i Nowe Niebo. Pierwsza, która nie przeoczyła, lecz ujrzała Życie Boga i je przyjęła całym sercem, była Miriam Niepokalana. Nie bez powodu tę uroczystość przeżywamy właśnie w adwencie. Ponieważ miała począć i urodzić Syna Bożego musiała być wyjęta spod panowania sił ciemności, którym my podlegamy poprzez uczestniczenie w grzechu. Ale ona była w zupełności wolna od ciążenia ku do grzechu, gdyż antycypowała świat, który na końcu zostanie od grzechu uwolniony i dała swoje ciało Temu, który od śmierci przyszedł uwolnić. Gdyby była zwykłą kobietą zainfekowaną grzechem, Jej Syn jakże mógłby narodzić się nieskalany? Bóg udzielił Jej uprzednio to, co my otrzymamy na końcu: wolność od grzechu, aby nikt nie miał wątpliwości, co do możliwości uwolnienia człowieka od tego skalanego dziedzictwa. Stąd wypływa waga tej adwentowej uroczystości, jaką 8 grudnia będziemy przeżywać. To nie tylko jedno ze świąt, ale potężny akord Objawienia przypominający o kondycji, którą będziemy wszyscy obdarzeni na końcu. Ponieważ dała nam Tego, który jest Pierworodnym wobec całego stworzenia, choć urodziła się w konkretnym punkcie historii, reprezentuje postać człowieczeństwa, które już będzie uwolnione od śmierci i grzechu poza historią. Jej Syn jedna nas w swoim ziemskim ciele przez własną śmierć z Bogiem, nas, którzy niegdyś byliśmy wrogami Boga, aby stawić nas przed obliczem Boga, jako niepokalanych – właśnie tak zostaniemy przeobrażeni: w nieskalanych! Dosłownie tekst z listu do Kolosan (Kol 1, 22) używa w tym miejscu słowa: HAMOMOS – czyli będący bez skazy, nieskalany niczym, niepokalany! Pawłowi nie wystarczyło to określenie i wzmacnia swoje obwieszczenie najpiękniejszej nowiny słowem nie pozostawiającym już nic do życzenia: ANENKLETOS, czyli niemożliwy do obwinienia, bez zarzutu! Czy nie jest godne najwyższego oczarowania by wrogów Boga, uczynić niepokalanymi? Mnie to powala z wdzięczności na kolana i wzrusza aż do łez.

Tuesday, November 24, 2009

Fatima and Theology of the Body

Christopher West

I have gained a great interest in Fatima because of my work promoting John Paul II's Theology of the Body (TOB). What's the connection?

As most Catholics know, between May 13 and October 13, 1917, Mary appeared to three peasant children in Fatima, Portugal delivering a three-part message the "three secrets" of Fatima, as they've come to be known. The first secret presented a horrifying vision of hell. The second involved a prophecy of World War II and the warning that "Russia would spread her errors throughout the world, causing wars and persecutions of the Church." However, Mary assured the children, "In the end, my Immaculate Heart will triumph."

Mary also told the children that "the Holy Father will have much to suffer." This brings us to the "third secret" of Fatima, which was not publicly revealed until the year 2000. In 1917, the children saw a vision of bullets and arrows fired at "a bishop dressed in white." Sixty-four years later, while driving through the crowd in St. Peter's Square, a "bishop dressed in white" was gunned down by Turkish assassin Ali Agca ... on the memorial of Our Lady of Fatima: May 13, 1981.

Many years later John Paul II reflected: "Agca knew how to shoot, and he certainly shot to kill. Yet it was as if someone was guiding and deflecting that bullet." That "someone," John Paul believed, was the Woman of Fatima. "Could I forget that the event in St. Peter's Square took place on the day and at the hour when the first appearance of the Mother of Christ ... has been remembered ... at Fatima in Portugal? For in everything that happened to me on that very day, I felt that extraordinary motherly protection and care, which turned out to be stronger than the deadly bullet" (Memory and Identity pp. 159, 163).

The fact that John Paul was shot on the memorial of Fatima is well known. What few people know is that the Pope was planning to announce the establishment of his Institute for Studies on Marriage and Family on that fateful afternoon. This was to be his main arm for disseminating his teaching on man, woman, marriage, and sexual love around the globe. Could it be that there were forces at work that didn't want John Paul II's teaching to spread around the world? (In fact, by May 13, 1981, John Paul II was only about half way through delivering the 129 addresses of his TOB. Had he died, obviously, the full teaching never would have been presented.) And could it be that, by saving his life, the Woman of Fatima was pointing to the importance of his teaching reaching the world?

It would be over a year later that John Paul officially established his Institute (of which I'm a proud graduate). On that day, October 7, 1982, not coincidentally the Feast of Our Lady of the Rosary ' John Paul II entrusted the Pontifical Institute for Studies on Marriage and Family to the care and protection of Our Lady of Fatima. By doing so, it seems he himself was drawing a connection, at least indirectly, between his miraculous survival and the importance of the Theology of the Body.

Digging deeper, the precise link, I believe, between John Paul II's TOB and Fatima lies in Mary's mysterious words about the "errors of Russia" and the promised "triumph" of her Immaculate Heart. John Paul II's TOB is like weed-killer applied to the deepest roots of the "errors of Russia" that have spread throughout the world. As such, the spread of the TOB throughout the world is a sign, I believe, that Mary is preparing us for her triumph.

Part of Mary's message in Fatima was that "Russia would spread her errors throughout the world." However, "In the end," she said, "my Immaculate Heart will triumph." When we hear of the errors of Russia, we rightly think of the spread of communism. But communism has roots that go deeper than Marxist economic theory.

Marx considered class struggle to be the defining factor of history. But digging deeper, Marx also believed that the fundamental "class struggle" was found in monogamous marriage and, indeed, in the sexual difference itself. "The first division of labor," Marx co-wrote with Frederick Engels, "is that between man and woman for the propagation of children." In turn, Engels affirmed that Marxist theory "demands the abolition of the monogamous family as the economic unit of society" (see The Origin of the Family, Private Property, and the State).

It seems the deeper revolution and, I would contend, the deeper "error of Russia" is the one aimed at destroying marriage and the family. Indeed, those who seek to deconstruct sexuality in the modern world often draw straight from Marx. As feminist author Shulamith Firestone wrote in The Dialectic of Sex: "[J]ust as the end goal of socialist revolution was ... the elimination of the ... economic class distinction itself, so the end goal of feminist revolution must be ... the elimination of ... the sex distinction itself [so that] genital differences between human beings would no longer matter culturally." Welcome to the deep-seated sexual confusion in which we're now immersed.

But here's the good news: Just as John Paul II's vision of the human person inaugurated a new kind of revolution that led to the fall of communism, his TOB has also inaugurated a new kind of revolution that will, I believe, lead to the collapse of the dominant sexual ideology.

In his book The Last Secret of Fatima, Cardinal Bertone wrote: "The Communist system seemed invincible, and it looked as if it were going to endure for centuries. But then the whole thing collapsed like a house of cards." Perhaps we can expect the same with the deeper "error of Russia." Indeed, in the Book of Revelation, the "whore of Babylon" that mysterious feminine figure who mocks the Bride of the Lamb is brought to ruin in "one hour." And as she collapses, all the merchants who "gained their wealth from her" (think the porn industry, Planned Parenthood, etc., etc.) "weep and mourn" (Rev 18).

And then comes the triumph of the New Jerusalem, the Bride who has "made herself ready" for her Bridegroom. She is dressed in "fine linen, bright and immaculate" (Rev 19:7-8). She is "clothed with the sun" (Rev 12:1). This radiant Bride, of course, is personified in Mary. "In the end, my Immaculate Heart will triumph." What does this mean? In short, it means that purity of heart will triumph. Somehow the pornographic lies will be redeemed. All of "Babylon's" distortions will be untwisted and we will come to see the human body as it really is as a glorious sign of "the mystery hidden from eternity in God" (TOB 19:4).

By showing us the path to authentic purity (never to be confused with puritanism or prudishness!), John Paul II's TOB paves the way for Mary's triumph. Is it a coincidence that John Paul began writing his TOB on the feast of the Immaculate Conception? Is it a coincidence that he devoted the entire work to "Mary, all beautiful"? Is it a coincidence that she saved his life on the memorial of Fatima so that his teaching could reach the world?
Let us pray for the triumph of the Immaculate Heart. It may be closer than we realize. Already in 1994, John Paul wrote that Mary's words spoken in Fatima "seem to be close to their fulfillment" (Crossing the Threshold of Hope, p. 221). Let it be, Lord, according to your word.