Sunday, March 29, 2009
Owocowanie - Wielki Post V B
W Jerozolimie uczniowie nie wierzyli w na- wrócenie Szawła, gdyż pamiętali jego prześladowcze czyny. Nie wiedzieli jeszcze o przebaczeniu i umiłowaniu Szawła przez Jezusa, który go oczyścił i usprawiedliwił. Patrząc na innych, oceniamy ich często powierzchownie. Zapominamy o tym, że Bóg ich kocha. Gdybyśmy wiedzieli, jak bardzo, mielibyśmy odwagę do umiłowania ich.
Latorośl, która przynosi owoc, jest oczyszczana, przycinana i podwiązywana do palika. Człowiek, który zaczyna owocować duchowo, jest przycinany w tym, co jest w nim nieopanowane, błędne, grzeszne. W końcu jest przywiązywany do swojego krzyża, tak jakby ogrodnik zwrócił osieroconej gałęzi oderwany owoc i z powrotem go cudownie wszczepił. Latorośl, która nie rodzi owoców, jest odcinana, wyrzucona i spalona. Człowiek, który nie daje owoców nawrócenia, odpada od Boga i pochłania go najpierw ogień złości i żądzy, później zaś ogień otchłani.
Decydujące znaczenie ma owocowanie. Czy twoje życie przynosi owoc, czy też żyjesz bezowocnie? Czym jednak jest ten owoc? To nie jest zrealizowanie swoich marzeń lub pragnień, samorealizacja, sukces. Biblia mówi, że gdy Adam i Ewa zerwali owoc z drzewa poznania, spowodowali, że raj stał się matnią, gąszczem złowrogim, mroczną dżunglą, która dla nich samych stała się zasadzką. Owoc bez łączności z drzewem gnije. Człowiek bez krzyża ginie w bezsensie. Pierwsi rodzice ukrywając się przed Bogiem, stracili Go z oczu i stał się On dla nich niedostępny. Im usilniej próbujemy wypełnić nasze życie wszystkim, oprócz Boga, tym wyraźniejsza staje się nasza frustracja i zawiedzenie. Życie jest owocne, gdy mamy dowody nawrócenia ku Bogu. Tak jak kwiat, który zwiastując owoc, kieruje się ku słońcu, tak ludzkie serce, gdy zaczyna szukać w Bogu światła, zwiastuje przyszły owoc. Św. Paweł mówi: „Owocem bowiem światłości jest wszelka prawość i sprawiedliwość, i prawda. Badajcie, co jest miłe Panu. I nie miejcie udziału w bezowocnych czynach ciemności” (Ef 5,9–11).
Karol de Foucauld przed nawróceniem nieustannie powtarzał krótką modlitwę: „Boże, jeżeli jesteś, spraw, bym Cię poznał!”. Czy było to miłe Bogu? Oczywiście, dlatego przyszedł czas, kiedy jego modlitwy przyniosły owoc nawrócenia. Przyjął krzyż samotności, przed którym uciekał całe dotychczasowe życie, zatracając się w namiętnych grzechach. Wyobraźmy sobie ogród, w którym jest wiele drzew. Gdy ludzie go nawiedzają, wyszukują tylko te drzewa, które mają kwiaty lub owoce, inne są pomijane. Ludzie wyczuwają modlącego się człowieka i takiego, który nie odrywa się od drzewa swego krzyża, bo tylko taki jest dla nich kimś miłym jak aromat kwiatu i pożywnym jak miąższ owocu. Podobnie Bóg wyszukuje pośród ludzi tych, których już wyróżnia aromat modlitwy, i tych, którzy już mają smak podobieństwa do Jezusa. Świętego poszukują nie tylko ludzie, również dla Boga jest on kimś nieustannie upragnionym.
Saturday, March 21, 2009
Cała prawda IV B
Babilończycy zburzyli Przybytek Pana, a Żydów uprowadzili w niewolę. Po kilkudziesięciu latach Cyrus pozwolił im nie tylko wrócić, ale i odbudować świątynię. Budujemy swoje życie, ale w końcu ono zapadnie się w śmierć, jednak Chrystus przez wielką swą miłość, przywróci nas do życia na wyżynach niebieskich. Ten piękny tekst z listów Pawłowych dotyczy najistotniejszej z tajemnic chrześcijaństwa: ZBAWIENIA, które jest łaską Boga dla człowieka. Jesteśmy zbawieni łaską. Nie zbawiamy się sami, lecz jesteśmy zbawiani. Nie jest to efekt naszych wysiłków, lecz efekt Bożego ograniczenia swej sprawiedliwości, na korzyść nieograniczonego miłosierdzia.
Każdy człowiek potrzebuje zbawienia. Czy życie nie pokazuje nam codziennie, iż każdego dotyka cierpienie, choroby, nieszczęścia, wreszcie śmierć? Za tym wszystkim ukrywa się władza skutków grzechu oraz sił wrogich człowiekowi, czyli podszeptów szatana, który ma wpływ na nasze życie – wpływ najfatalniejszy. Celem złego ducha jest doprowadzenie człowieka do wieczystego cyklu nieszczęść i autodestrukcji. Bóg nie chce, aby udręki ciągnęły się za ludźmi przez wieczność. Bóg nie chce, abyśmy przez grzechy doprowadzili do takiej nienawiści do siebie samych, by nie móc przyjąć siebie w obliczu ostatecznej Prawdy. Wobec Boga Prawdy nikt nie będzie mógł się ostać, nie będąc prawdziwy!
Jak trudno było Nikodemowi stanąć w świetle! Nawet jego rozmowa odbyła się nocą. Śmierć będzie początkiem odsłonięcia się całej prawdy o nas samych. Nie tej prawdy, którą budujemy na własnych przekonaniach o sobie, lecz prawdy, którą widzi w nas Bóg. Jest gigantyczna różnica między tym, co sami o sobie myślimy, a tym, co naprawdę sobą reprezentujemy. Śmierć będzie trudnym momentem wstrząsającego zdemaskowania. Nikt by tego nie wytrzymał, więc Bóg nas zbawia, usprawiedliwia, przebacza już teraz. Z dnia na dzień, a może częściej z nocy na noc, pozbawiani jesteśmy złudzeń o sobie i całym losie. Spowiadamy się, czyli bierzemy odpowiedzialność za nasze mroczne czyny, jednocześnie stając się coraz bardziej sobą. Pierwszą stroną zbawienia jest usprawiedliwienie z grzechów. Druga strona zbawienia jest o wiele wspanialsza: życie wieczne w nieutracalnym szczęściu. Światło słów Boga nie tylko odsłania mroki naszego sumienia, ale też odsłania nam prawdę o miłości Boga, Jego obietnicach i wreszcie szczęście życia w Nim. Nikt jednak nie zobaczy szczęścia nieba, kto ukrywa przed sobą samym nieszczęście grzechu. Im głębiej stajemy się uczciwi w wyznawaniu grzechów, tym bardziej zostajemy wyniesieni na wyżyny niebieskie. Wywyższenie Syna Człowieczego dokonało się w tym momencie, w którym uniżył się aż do całkowitego obnażenia, gdy już żadna szata nie skrywała jego Ciała. Kwiat staje się owocem, gdy odpada z niego ostatni zwiędnięty płatek.
Wahadełko nad kotletem IV B
Wszyscy na- czelnicy Judy, kapłani i lud mnożyli nieprawości, naśladując wszelkie obrzydliwości narodów pogańskich. – Słyszymy tysiące razy, że na Zachodzie coś już dawno zaistniało, dlatego najwyższy czas, by i Polacy poszli tymi samymi śladami. Tak się argumentuje związki homoseksualne, aborcję, eutanazję, polityczne i ekonomiczne mody. Jerozolima spłonęła, ponieważ nikomu serce nie płonęło już miłością do Boga przy czytaniu świętych wierszy Tory.
Historia wraca. Dziś ludzie zamiast szkaplerza noszą amulety, zamiast klęczeć przy konfesjonale, leżą na kozetkach psychoanalityków lub chodzą do wróżki. Dzieci zamiast medalików z aniołami noszą w kieszeniach pokemony. Młodzież rozczytuje się w „Kodzie Leonarda da Vinci”, który szatkuje jej inteligencję skuteczniej niż nóż pekińską kapustę. Plakaty zapraszają na medytacje transcendentalne, które za jedyne 50 złotych obiecują przeniesienie w inny wymiar. Dlaczego tak się dzieje? Harald Baer stwierdza: „Eksplozja okultyzmu jest zjawiskiem protestu przeciw skostniałemu chrześcijaństwu”. Fascynacje okultyzmem to przejaw niewystarczalności elementu mistycznego w Kościele, a także pewnej ignorancji. Znachorstwo, wróżbiarstwo, jasnowidztwo, medytacje wschodnie i wiele innych alternatywnych bezdroży duchowych wpycha człowieka w ewolucyjny regres. Oczywiście dla pełniejszego obrazu potrzeba jeszcze alternatywnej medycyny, homeopatii, uzdrowienia magią, odrobinę spirytyzmu, hipnozy, bioenergoterapii, radiestezji, tajemniczych transów. Może jeszcze wahadełko nad kotletem sprawdzające, czy jest duchowo pozytywny, i jeszcze kilka akupunkturowych szpilek srebrnych w czubek zadartego nosa. Co jest efektem takich poszukiwań? Niewyjaśnione depresje, nieobliczalne zachowania, niekontrolowane pożądanie, seksualne deformacje, złość nie do powstrzymania, obsesyjne myśli i uczucia, nieustanny strach, niepokój, nerwowość lub neurotyczne zachowanie, myśli samobójcze, obojętność dla spraw duchowych, bluźniercze myśli przeciwko Bogu, wstręt do sakramentów, powtarzające się niepowodzenia. Nie każda duchowość jest od Ducha Świętego, istnieją również duchy ciemniejsze niż noc i wprowadzające człowieka w coś gorszego niż zwykła ciemnota. „Magia jest mocą bezbronnych” – wyjaśnia Hubert Kohle. Czy można się dziwić, że w Polsce mamy dwa razy więcej egzorcystów niż dziesięć lat temu? Czy można się dziwić, że są przeciążeni i oblężeni przez przerażonych penitentów?
Nikodem przyszedł w nocy i rozmawiał w ciemnościach z Jezusem. On był w ciemnościach. Właściwie to ciemności zmusiły go do poszukiwania Jezusa. To, co przymusza nas do nawrócenia, to zniewolenie ciemnością, widoczne działanie sił mroku. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła. Wielu ludzi powraca do Boga dopiero wtedy, gdy bezbożność doprowadza ich do takiej męki, że życie staje się dla nich nie do wytrzymania. Jak z tego wyjść? Pierwsza rzecz – to powrócić do Jezusa Chrystusa, choćby w ciemnościach nocy!
Wednesday, March 18, 2009
Fasting is Preparation for Feasting
The season of Lent is upon us and Catholics around the world are embracing various forms of fasting and abstinence in preparation for the holiest week of the year. But why do we fast? How does saying no to food or other bodily pleasures actually increase our love for God?
Christian fasting is not rooted in suspicion towards or rejection of the physical world, the human body, or the pleasures of food. Precisely the opposite. Only those who know how to fast properly know how to feast. We fast, first of all, the Catechismsays, to "prepare us for the liturgical feasts" (CCC 2043).
Fasting allows us to feel our hunger. And feeling our physical hunger can, if we allow it, lead us to feel our spiritual hunger, that is, our hunger for God. Think of the woman at the well: she came there physically thirsty and left with the promise of living water flowing from the well of salvation.
If feeling our hunger can awaken our spiritual senses, never feeling hunger can dull them. Furthermore, when we always satisfy our hunger, we can become enslaved by the pleasures of this world. Fasting and abstinence "help us acquire mastery over our instincts and freedom of heart" (CCC 2043). And this kind of freedom is especially important for people like me who loveto eat.
Oh, do I ever! In fact, at the end of a meal I often feel a pointed (and even poignant) sadness. I sometimes find myself picking the minutest of crumbs off my plate in an attempt to stretch the enjoyment until every last morsel is gone. But I'm only putting off the inevitable. This meal is going to end. It's going to end! One more crumb and its over. Done. Finished. Something in me screams: No! I want this to last forever...
And there it is my yearning for the infinite ... my yearning for God. The sadness I feel at the end of a meal can either lead to gluttony (the idolatry of food) or I can accept the "pain" of my desire and allow it to open me to the living hope of the eternal banquet. Fasting, properly practiced, is a wide open door precisely to this hope.
God desires to feed us and not just from any po boysmenu, but with "juicy, rich food, and pure, choice wines" (Is 25:6), with "bread come down from heaven" (Jn 6:41). Scripture describes heaven itself as a feast, a wedding feast (see Rev 19:9). And let us not forget Christ's first miracle: at the end of the party when the wedding guests had already finished the wine, Christ provides gallons and gallons of the finest wine imaginable. As the glory of Pentecost indicates, we are all called to get "drunk" on this new wine (see Acts 2:13).
This kind of "holy intoxication" is a favorite theme of the mystics. For in the Song of Songs, the King invites his bride into the "wine cellar" (1:4). Teresa of Avila offers this commentary: "The King seems to refuse nothing to the Bride! Well, then, let her drink as much as she desires and get drunk on all these wines in the cellar of God! Let her enjoy these joys, wonder at these great things, and not fear to lose her life through drinking much more than her weak nature enables her to do. Let her die at last in this paradise of delights; blessed death that makes one live in such a way."
Wow! If authentic Christian fasting is meant to prepare me for this kind of feasting, bring it on! But what, we might ask, is the difference between this kind of "holy indulgence" and the frat-party beer bong? It's this: we become gluttons and drunkards when we seek satisfaction of our desire for Infinity in the earth's wine, but we become saints when we seek satisfaction of our desire for Infinity in heaven's wine.
Should we, then, reject the earth's wine? No! That is the essential error of puritanism and Manichaeism - the idea that the physical world and its pleasures are evil. No, they aren't evil. Properly embraced, they are little sacraments, little foretastes of heaven.
In fact, how does God communicate heaven's wine to us? Precisely through earth's wine: "Blessed are you, Lord, God of all creation. Through your goodness we have this wine to offer, fruit of the vine and work of human hands. It will become our spiritual drink." But in order to enter the Infinite delights of this liturgical feast, we will need to learn to fast.
Saturday, March 14, 2009
Ciało jak katedra - Welki Post IIIB
Herod, przebudowując drugą świątynię jerozolimską, używał gigantycznych bloków skalnych. Niektóre z nich miały ponad dziesięć metrów długości i ważyły do sześciuset ton. Dziś została ruina muru zachodniego. Poważna liczba ludzi jest przekonana o wyjątkowości swojego istnienia, która zapewni im nienaruszalność. Myślą, że do każdego może zbliżyć się śmierć, ale nie do nich! Podobne wyobrażenie mają o życiu, powinno być nieustanną gratyfikacją i spełnieniem oczekiwań. Powinni jeść makaron al pesto, popijając winem Carlo Rossi, albo meksykańską enchidalas, zalewając tequilą, i nie odcierpieć tego bólem wątroby! Powinni mieć powodzenie u płci przeciwnej doprowadzające ją do wytrzeszczu oczu. Oczekują, że będą zawsze zdrowi jak kaukaski góral i nie będą chorować na raka krtani mimo palenia kubańskich cygar! Powinni być piękni nawet w wieku emerytalnym. Mądrzy i posiadający zawsze rację, jak to się zdarza adwokatom amerykańskim w procesach o odszkodowania.
Ale pewnego dnia, mimo że nawet na jedną sekundę nie dopuszczali do siebie myśli o zawaleniu się ich życia, wszystko runie jak mur z pustaków. Budowla ciała, gmach myśli, architektura uczuć, twierdza wiedzy, wszystko się rozleci! Jezus mówi jednak o odbudowaniu Jego Ciała. Święty Augustyn, w jednej ze swych homilii, zinterpretował owe 46 lat, na które powoływali się Żydzi, jako ukryte słowo ADAM, gdyż w greckiej gematrii, litery tego słowa dają sumę 46. Zburzenie starego Adama, człowieka zainfekowanego grzechem, jest nieuchronne, tylko czy równie nieuchronne jest jego powstanie w trzech dniach? Czy znowu człowiek będzie miał 46 chromosomów?
Gdyby ktoś porównał rozetę z katedry w Chartres i obraz obrotu spirali ludzkiego DNA widziany z góry, to doznałby olśnienia: są takie same. Świątynią jest nasze ciało. Rozumieli to średniowieczni architekci, którzy w szczegółach katedr ukrywali informacje o zbawieniu, a kształt tamtych gmachów przypominał układ ludzkiego ciała. Weźmy na przykład katedrę w Troyes: „Zauważono, że zwornik sklepienia w prezbiterium znajduje się na tej wysokości, która, liczona jak należy w stopach i calach, wynosi 88 stóp i 8 cali, zatem 888, co jest liczbą odpowiadającą imieniu Jezus pisanemu po grecku. Więcej jeszcze: zabity Baranek i Chrystus w Majestacie są przedstawieni w zworniku tego sklepienia na tej samej wysokości 88,8 o kilka sążni od witraża, na którym święty Jan pisze swoje proroctwo. W taki sposób 888 jest sumą sześciu liter greckich składających się na imię IHSOUS: I (10) H (8) S (200) O (70) U (400) S (200) 888” (Jean Hani).
Ciało może być świątynią, ale też złotym cielcem. W Księdze Wyjścia, tam gdzie jest mowa o tym, jak ma być zbudowany Przybytek Boga, jest też mowa o orgii wokół złotego cielca. Możemy albo swoje ciało uczynić świątynią dla Boga, albo z ciała uczynić bożka.
Budynek do rozbiórki - Wielki Post III B
Zwykle znak oczyszczenia świątyni jest odczytywanyjako symbol wyrzucenia z naszego sumienia bałwochwalstwa,które zawiera się w wielkiej chciwości. To prawda, ale gdybyś przyjrzał się swojemu życiu, zobaczyłbyś, że zbudowane jest ze strachu, lęku, ambicji, chciwości, żądzy i dumy. W takiej budowli nie da się zdrowo oddychać, jej ściany są toksycznie zagrzybione i dlatego potrzeba wszystko zburzyć. Bronisz swego planu życia, ale nie jesteś w nim szczęśliwy. Coś musi być zburzone, by mogło być na nowo odbudowane.
Czy pozwalasz Chrystusowi burzyć i wyganiać z ciebie handel ze światem? Czy pozwalasz Mu zburzyć w sobie twoje narcystyczne przekonania o tym, że wszystko ci się należy, i że każdy powinien ci służyć, i wszystko powinno być według twoich architektonicznych planów, nakreślonych egocentrycznymi pragnieniami? Skarżymy się, że życie nam się rozwala, rozsypuje, nie idzie nam tak, jak zamierzyliśmy, że nie realizuje się nasza egocentryczna architektura. Ale jeśli coś się rozsypuje, to tylko dlatego, że ma bałwochwalczy fundament. Jeśli twoje życie jest w rozsypce, to dobrze, bo wreszcie można oddać budowę w ręce Syna cieśli. Rozsypka to skutek fałszywego fundamentu przekonań.
Co bowiem myślisz tak naprawdę o miłości? Czy nie wyobrażałeś sobie, że miłość to nieustanne wymuszanie na innych ubóstwiania ciebie i zapewnień, że jesteś najcudowniejszą osobą na świecie? Czy nie jest tak, że bardziej liczysz się z opiniami innych ludzi niż z Biblią? Czy nie wmówiłeś sobie, że trzeba kierować się sercem, czyli ślepymi afektami, które zapędziły cię w pułapkę nienawiści, zależności oraz zazdrości? A twoja fałszywa skromność, czyż nie była tak naprawdę lękiem przed podejmowaniem decyzji i oglądaniem się na innych? A twoje pojęcie o doskonałości? Co ono naprawdę ma wspólnego z doskonałością ewangeliczną, a może o wiele więcej z perfekcyjną i znerwicowaną wolą podporządkowania sobie dzieci i współmałżonka, psa oraz rybek akwariowych? Czy twoja szlachetność nie jest tak naprawdę troską o pozory? Albo czy pod pozorem oszczędności nie ukrywają się wykorzystywanie innych i zwykłe oszustwa? A twoje modlitwy, czy nie są rozkazami? Czy nie mylisz bycia dobrym z tym, by tobie tylko było dobrze?
Wydaje ci się, że jesteś wyjątkowo dobry i uczciwy, ale to może istnieć tylko w twojej wyobraźni. To, za kogo się uważasz, musi runąć, bo nie jest prawdą, tylko parawanem, za którym ukrywają się lęk, nienawiść do siebie i skrywanie bezsilności. Jest wiele pytań, które powodują, że nasz gmach życiowy pęka, smagany biczami prawdy. Jest jeszcze więcej odpowiedzi, które dają nam szansę na odbudowę. Wszystkie jednak są w Chrystusie. Jeśli z Nim umierasz, to i żyć będziesz w nowym przybytku Ducha. Nowy gmach istnienia ma być zbudowany na słowach Boga, na dziesięciu przykazaniach. One nigdy się nie zdezaktualizują.
Sunday, March 08, 2009
Christ's Transfiguration - Lent II B
Dear Brothers and Sisters!
As you know, this past week I was on retreat together with my colleagues in the Roman curia. It was a week of silence and prayer: the mind and heart were able to dedicate themselves entirely to God, to listening to his Word, to meditation on the mysteries of Christ. In a certain way, it was little like what happened to the apostles Peter, James and John when Jesus took them away with him up the mountain alone, and while he prayed was "transfigured": his face and his person appeared luminous, shining. The liturgy re-proposes this celebrated episode today in fact, the second Sunday of Lent (cf. Mark 9:2-10). Jesus wanted his disciples, especially those who would have the responsibility of leading the newborn Church, to directly experience his divine glory, to be able to face the scandal of the cross. Indeed, when the hour of betrayal comes and Jesus retires to Gethsemane to pray, he will keep the same Peter, James and John close by, asking them to keep watch with him (cf. Matthew 26:38). They cannot do it, the grace of Christ will sustain them and help them to believe in the Resurrection.
I would like to stress that Jesus' transfiguration was essentially an experience of prayer (cf. Luke 9:28-29). Prayer, in fact, reaches its culmination -- and thus becomes the source of interior light -- when the spirit of man adheres to that of God and their wills join almost to form a single will. When Jesus ascends the mountain he immerses himself in the contemplation of the Father's plan of love, who sent him into the world to save humanity. Elijah and Moses appear alongside Jesus, signifying that the Sacred Scriptures were in agreement in announcing the paschal mystery: that Jesus had to suffer and die to enter into his glory (cf. Luke 24:26, 46). In that moment Jesus sees the cross outlined before him, the extreme sacrifice necessary to liberate us from the reign of sin and death. And in his heart he once again repeats his "Amen." He says yes, here I am, let your will of love be done, Father. And, as happened after the baptism in the Jordan, the signs of God's pleasure came from heaven: the light that transfigured Christ and the voice that proclaimed him "my beloved Son" (Mark 9:7).
Together with fasting and works of mercy, prayer forms the essential structure of our spiritual life. Dear brothers and sisters, I exhort you to find in this time of Lent moments of prolonged silence, perhaps a retreat, to reflect again on your life in the light of heavenly Father's plan of love. Let the Virgin Mary, teacher and model of prayer, be your guide in this more intense listening to God. Even in the deepest darkness of Christ's passion she did not lose but safeguarded the light of the Divine Son in her soul. For this reason let us call upon Mary with confidence and hope!
[After the Angelus the Pope said:]
Today's date, March 8, [International Women's Day] invites us to reflect on the condition of women and to renew our commitment, that always and everywhere every woman can live and fully manifest her particular abilities, obtaining complete respect for her dignity. This is the sense in which the Second Vatican Council and the pontifical magisterium -- especially in the servant of God John Paul II's apostolic letter "Mulieris Dignitatem" (August 15, 1988) -- have expressed themselves. Of more worth than the documents themselves is the testimony of the saints. And in our time there was that of Mother Teresa of Calcutta: humble daughter of Albania, who became, by God's grace, an example of charity in the service of human promotion to all the world. How many other women work in a hidden way every day for the good of humanity and for the Kingdom of God! Today I pledge my prayer for all women, that they be evermore respected in their dignity and valued in their positive possibilities.
Dear brothers and sisters, in the climate of intense prayer that marks Lent, I entrust to your remembrance the two apostolic journeys upon which, if it pleases God, I will soon embark. The week after next, on March 17-23, I will travel to Africa, first to Cameroon and then to Angola, to show my concrete nearness and that of the Church to the Christians and peoples of that continent, which is particularly dear to me. Then, on May 8-15, I will be on pilgrimage in the Holy Land to ask the Lord, while visiting the places sanctified by his life on earth, for the precious gift of unity and peace for the Middle East and for all of humanity. From this point forward I will count on the spiritual support of all of you, that God will accompany me and fill those whom I meet along the way with his graces.
Saturday, March 07, 2009
Śmierć i ekstaza - Wielki Post 2B
Bóg oszczędził syna Abrahama, ale własnego nie, lecz wydał Go za nas wszystkich. A skoro poniósł za nas śmierć, co więcej, zmartwychwstał z miłości do nas, to naprawdę zdobył nas i żadne oskarżenie, wyrzuty sumienia albo perfidne potępianie szatana nie potrafią wzbudzić nawet najmniejszej wątpliwości co do nieodwracalnej woli zbawczej Boga. Pozostaje pytanie: skoro Bóg mówi o Chrystusie: „to jest mój Syn umiłowany”, to dlaczego pozwolił, aby był wydany na tak okrutną śmierć? Czy Abraham nie kochał Izaaka?
Ogromnie, a mimo to zgodził się na jego śmierć, nawet sam był gotowy go zabić! Był gotowy go zabić, bo kochał jeszcze bardziej Boga. Bóg kocha swego Syna, ale zgodził się na Jego śmierć, bo kocha również nas. I to jak, skoro nie oszczędził Syna. Z miłości ratuje się kogoś, nawet za cenę cierpienia, nawet za cenę śmierci. Tylko taka miłość się liczy, która jest silniejsza niż to, co najsilniejsze, czyli śmierć. Tylko takiemu sercu uwierzę, które pozwala sobie na cios ode mnie, a jednak nie zamyka się, tylko jeszcze bardziej na mnie się otwiera. Dlatego Jezus umarł na krzyżu. Dał mi dowód swojej miłości. Tylko takie życie się liczy, które nie lęka się śmierci, gdyż jest silniejsze niż ona.
Rzadko zdajemy sobie sprawę, na jak niebezpiecznym świecie żyjemy. Prawda o świecie dopiero dociera do nas, gdy stajemy w obliczu śmierci. Nieczęsto dociera do nas z całkowitą jawnością bolesna prawda o niemożliwości zdobycia trwałego szczęścia na tym świecie, choć motamy się ciągle w złudnych marzeniach. Śmierć wszystko nam zabierze, dlatego jakże ważne jest wiedzieć, czy śmierć jest rzeczywiście końcem, czy też początkiem. Pod powierzchniową warstwą każdego cierpienia, pod każdą samotnością i pogardą do siebie, migreną i impotencją, otyłością i cukrzycą, napięciem nerwicy i lękiem, żałobą po śmierci i kompulsywną seksualnością, nieopanowanymi emocjami i depresją, a nawet pokusami samobójczymi kotłują się pragnienia wiecznego szczęścia. Im bardziej są usilne, tym boleśniejsze jest ich niespełnienie tutaj. Bóg nie chciał, byśmy byli rozdarci przez te pragnienia i niemożliwość ich spełnienia. Czyni
wszystko, abym przylgnął do Niego już teraz, by TERAZ stało się ZAWSZE.
Po Przemienieniu apostołowie nie widzieli już nikogo przy sobie, tylko samego Jezusa. Oto właśnie chodzi-ło: nie widzieć już nikogo, tylko Jezusa! Mistyka chrześcijańska nazywa taki stan UNIO MISTICA, żydowska posługuje się słowem DEWQUT, czyli przylgnięcie do Boga, nieutracalna więź z Bogiem. Jest to za-równo zachwycająca ekstaza, jak i nieustanna świadomość Jego bliskości w każdej mizernej chwili istnienia. Świat się wtedy wygasza, jak światła w mieście nocą po awarii elektryczności, a jedynym światłem pozostaje tylko Jego postać, lśniąco biała jak księżyc.
Na górę drogą w dół - Wielki Post 2B
Droga ku przemianie w Chrystusie wiedzie przez powolne wspinanie się nie tyle ku szczytom doskonałości, co raczej ku głębiom poznania swej samotności i pustki. Dopiero za nią widać Oblicze Szczęścia. Jest to szczyt nieoszczędzania siebie w miłości. To szczyt, który jest otchłanią i przepaścią. Sam Bóg nie oszczędził swojego Syna, i chociaż Golgota to góra, w sercu Jezusa była dolina ciemności i opuszczenia. Gdy Abraham wchodził krok po kroku po zboczu góry Moria, schodził w opuszczenie, w przepaść serca. Szczytem jego przemiany było jednocześnie duchowe opuszczenie. Dla Boga i dla Abrahama szczyt miłości oznaczał przepaść utraty najukochańszej osoby – syna!
Na taki szlak duchowego wędrowania Jezus zabrał apostołów. Zabiera i Ciebie, jeśli tylko chcesz być tak blisko, jak blisko byli Jan, Jakub i Piotr. Nie wszystkich zabrał tak wysoko i jednocześnie tak głęboko. Jezus był porywającą osobą. Seorsum solos, czyli każdego samotnie wprowadzał w tę samotność, poza którą jest dopiero pełnia Obecności. Naczynie musi być puste, by mogło być napełnione. Serce musi być samotne i opuszczone, by mogło doznać olśnienia Obliczem Boga. Na audiencję przed oblicze władcy do sali pałacu królewskiego wchodzi się samotnie. Droga z Jezusem dla każdego z tych trzech była duchową edukacją. Najpierw poznali swą pustkę i samotność, aby odkryć pełnię ojcowskiego serca, wpatrując się w Oblicze swego Nauczyciela.
Ktoś, kto nie poznał swej pustki i samotności, nie może pomóc innym przejść tą samą drogą do Boga. W tej tajemnicy nie tylko mieści się sens celibatu, ale też sens opuszczenia, jakiego doświadczają ci, którzy zostali porzuceni przez małżonka, sens wdowieństwa, sens odtrącenia przez innych, sens i wartość jakiegokolwiek osierocenia.
Pustka to pierwszy krok do pełni. Jak wielu z nas mówi: czuję się pusty, niepotrzebny nikomu i nienadający się do niczego! Z powodu takiego doświadczenia ludzie wkraczają na dwie drogi: uzależnień od jedzenia, alkoholu, internetu, seksu, pracy itd. albo na drogę coraz głębszego wznoszenia się ku odkryciu ojcostwa Bożego. Dopóki szukamy szczęścia w świecie zewnętrznym, poza drogą przez własną ciemność do światła Oblicza Bożego, jesteśmy zagrożeni uzależnieniem. Jesteśmy ogarnięci pragnieniem czegoś bardziej ekscytującego niż to, co przynosi życie. Ale kiedy to zdobywamy, stajemy się pochwyceni i zniewoleni. Pojawia się zagubienie i jeszcze większa rozpacz, bo poza Obliczem Boga żadna inna twarz nie daje nasycenia. Być może podejmujesz ciągle próby oszukania swej pustki czymkolwiek lub kimkolwiek, doświadczając w efekcie jeszcze większego wstydu. Co kilkanaście minut telewizja wmawia nam reklamami, że pełnia szczęścia jest na wyciągnięcie ręki wypełnionej banknotami. Tymczasem nic innego i nikt inny nie wypełni twojej pustki, tylko wędrówka przez swoją pustkę ku pełni Bóstwa w Jezusie.
Monday, March 02, 2009
On the Role of Angels - Lent I B
Dear Brothers and Sisters!
Today is the First Sunday of Lent, and the Gospel, with the sober and concise style of St. Mark, introduces us to the climate of this liturgical season: "The Spirit drove Jesus out into the desert, and he remained in the desert for 40 days, tempted by Satan" (Mark 1:12). In the Holy Land, west of the Jordan and the oasis of Jericho, there is the desert of Judah, which ascends to a height of over 1,000 meters through rocky valleys, stretching all the way to Jerusalem.
After having received baptism from John, Jesus enters that empty place, led by the Holy Spirit himself, which had descended upon him, consecrating him and revealing him as the Son of God. In the desert, the place of trial -- as the experience of the people of Israel shows -- there appears the dramatic reality of the "kenosis," the emptying of Christ, who is stripped of the form of God (cf. Philippians 2:6-7). He, who did not sin and cannot sin, submits himself to trial and thus can have compassion for our infirmities (cf. Hebrews 4:15). He lets himself be tempted by Satan, the adversary, who had opposed himself to God's salvific plan for men from the very beginning.
In the brevity of the account, in the face of this obscure and darksome figure who dares to tempt the Lord, the angels, luminous and mysterious figures, fleetingly appear. The Gospel says that the angels "serve" Jesus (Mark 1:13); they are the counterpoint to Satan. "Angel" means "one who is sent." We find these figures throughout the Old Testament who help and guide men in the name of God. Just consider the Book of Tobit, in which the figure of the angel Raphael appears to assist the protagonist through many vicissitudes. The reassuring presence of the angel of the Lord accompanies the people of Israel through every event, good and bad. On the threshold of the New Testament, Gabriel is sent to announce to Zachariah and Mary the joyous happenings that are the beginnings of our salvation; and an angel, whose name is not mentioned, warns Joseph, directing him in that moment of uncertainty. A chorus of angels reports the glad tidings of Jesus' birth to the shepherds, as the glad tidings of his resurrection will also be announced by angels to the women. At the end of time the angels will accompany Jesus in his glorious return (cf. Matthew 25:31).
The angels serve Jesus, who is certainly superior to them, and this dignity of his is proclaimed in a clear though discreet way here in the Gospel. Indeed, even in the situation of extreme poverty and humility, when he is tempted by Satan, he remains the Son of God, the Messiah, the Lord.
Dear brothers and sisters, we would take away a significant part of the Gospel if we left aside these beings sent by God to announce his presence among us and be a sign of that presence. Let us call upon them often, that they sustain us in the task of following Jesus to the point of identifying ourselves with him. Let us ask them, especially today, to watch over me and my co-workers in the Roman Curia as we begin our retreat this week, as we do every year. Mary, Queen of Angels, pray for us!
Friday, February 27, 2009
"He Fasted for Forty Days and Forty Nights, and Afterward He Was Hungry" - Pope's Lenten Message for 2009
At the beginning of Lent, which constitutes an itinerary of more intense spiritual training, the Liturgy sets before us again three penitential practices that are very dear to the biblical and Christian tradition -- prayer, almsgiving, fasting -- to prepare us to better celebrate Easter and thus experience God's power that, as we shall hear in the Paschal Vigil, "dispels all evil, washes guilt away, restores lost innocence, brings mourners joy, casts out hatred, brings us peace and humbles earthly pride" (Paschal Præconium). For this year's Lenten Message, I wish to focus my reflections especially on the value and meaning of fasting. Indeed, Lent recalls the forty days of our Lord's fasting in the desert, which He undertook before entering into His public ministry. We read in the Gospel: "Jesus was led up by the Spirit into the wilderness to be tempted by the devil. He fasted for forty days and forty nights, and afterwards he was hungry" (Mt 4,1-2). Like Moses, who fasted before receiving the tablets of the Law (cf. Ex 34,28) and Elijah's fast before meeting the Lord on Mount Horeb (cf. 1 Kings 19,8), Jesus, too, through prayer and fasting, prepared Himself for the mission that lay before Him, marked at the start by a serious battle with the tempter.
We might wonder what value and meaning there is for us Christians in depriving ourselves of something that in itself is good and useful for our bodily sustenance. The Sacred Scriptures and the entire Christian tradition teach that fasting is a great help to avoid sin and all that leads to it. For this reason, the history of salvation is replete with occasions that invite fasting. In the very first pages of Sacred Scripture, the Lord commands man to abstain from partaking of the prohibited fruit: "You may freely eat of every tree of the garden; but of the tree of the knowledge of good and evil you shall not eat, for in the day that you eat of it you shall die" (Gn 2, 16-17). Commenting on the divine injunction, Saint Basil observes that "fasting was ordained in Paradise," and "the first commandment in this sense was delivered to Adam." He thus concludes: "'You shall not eat' is a law of fasting and abstinence" (cf. Sermo de jejunio: PG 31, 163, 98). Since all of us are weighed down by sin and its consequences, fasting is proposed to us as an instrument to restore friendship with God. Such was the case with Ezra, who, in preparation for the journey from exile back to the Promised Land, calls upon the assembled people to fast so that "we might humble ourselves before our God" (8,21). The Almighty heard their prayer and assured them of His favor and protection. In the same way, the people of Nineveh, responding to Jonah's call to repentance, proclaimed a fast, as a sign of their sincerity, saying: "Who knows, God may yet repent and turn from his fierce anger, so that we perish not?" (3,9). In this instance, too, God saw their works and spared them.
In the New Testament, Jesus brings to light the profound motive for fasting, condemning the attitude of the Pharisees, who scrupulously observed the prescriptions of the law, but whose hearts were far from God. True fasting, as the divine Master repeats elsewhere, is rather to do the will of the Heavenly Father, who "sees in secret, and will reward you" (Mt 6,18). He Himself sets the example, answering Satan, at the end of the forty days spent in the desert that "man shall not live by bread alone, but by every word that proceeds from the mouth of God" (Mt 4,4). The true fast is thus directed to eating the "true food," which is to do the Father's will (cf. Jn 4,34). If, therefore, Adam disobeyed the Lord's command "of the tree of the knowledge of good and evil you shall not eat," the believer, through fasting, intends to submit himself humbly to God, trusting in His goodness and mercy.
The practice of fasting is very present in the first Christian community (cf. Acts 13,3; 14,22; 27,21; 2 Cor 6,5). The Church Fathers, too, speak of the force of fasting to bridle sin, especially the lusts of the "old Adam," and open in the heart of the believer a path to God. Moreover, fasting is a practice that is encountered frequently and recommended by the saints of every age. Saint Peter Chrysologus writes: "Fasting is the soul of prayer, mercy is the lifeblood of fasting. So if you pray, fast; if you fast, show mercy; if you want your petition to be heard, hear the petition of others. If you do not close your ear to others, you open God's ear to yourself" (Sermo 43: PL 52, 320. 322).
In our own day, fasting seems to have lost something of its spiritual meaning, and has taken on, in a culture characterized by the search for material well-being, a therapeutic value for the care of one's body. Fasting certainly bring benefits to physical well-being, but for believers, it is, in the first place, a "therapy" to heal all that prevents them from conformity to the will of God. In the Apostolic Constitution Pænitemini of 1966, the Servant of God Paul VI saw the need to present fasting within the call of every Christian to "no longer live for himself, but for Him who loves him and gave himself for him, he will also have to live for his brethren" (cf. Ch. I). Lent could be a propitious time to present again the norms contained in the Apostolic Constitution, so that the authentic and perennial significance of this long held practice may be rediscovered, and thus assist us to mortify our egoism and open our heart to love of God and neighbor, the first and greatest Commandment of the new Law and compendium of the entire Gospel (cf. Mt 22, 34-40).
The faithful practice of fasting contributes, moreover, to conferring unity to the whole person, body and soul, helping to avoid sin and grow in intimacy with the Lord. Saint Augustine, who knew all too well his own negative impulses, defining them as "twisted and tangled knottiness" (Confessions, II, 10.18), writes: "I will certainly impose privation, but it is so that he will forgive me, to be pleasing in his eyes, that I may enjoy his delightfulness" (Sermo 400, 3, 3: PL 40, 708). Denying material food, which nourishes our body, nurtures an interior disposition to listen to Christ and be fed by His saving word. Through fasting and praying, we allow Him to come and satisfy the deepest hunger that we experience in the depths of our being: the hunger and thirst for God.
At the same time, fasting is an aid to open our eyes to the situation in which so many of our brothers and sisters live. In his First Letter, Saint John admonishes: "If anyone has the world's goods, and sees his brother in need, yet shuts up his bowels of compassion from him -- how does the love of God abide in him?" (3,17). Voluntary fasting enables us to grow in the spirit of the Good Samaritan, who bends low and goes to the help of his suffering brother (cf. Encyclical Deus caritas est, 15). By freely embracing an act of self-denial for the sake of another, we make a statement that our brother or sister in need is not a stranger. It is precisely to keep alive this welcoming and attentive attitude towards our brothers and sisters that I encourage the parishes and every other community to intensify in Lent the custom of private and communal fasts, joined to the reading of the Word of God, prayer and almsgiving. From the beginning, this has been the hallmark of the Christian community, in which special collections were taken up (cf. 2 Cor 8-9; Rm 15, 25-27), the faithful being invited to give to the poor what had been set aside from their fast (Didascalia Ap., V, 20,18). This practice needs to be rediscovered and encouraged again in our day, especially during the liturgical season of Lent.
From what I have said thus far, it seems abundantly clear that fasting represents an important ascetical practice, a spiritual arm to do battle against every possible disordered attachment to ourselves. Freely chosen detachment from the pleasure of food and other material goods helps the disciple of Christ to control the appetites of nature, weakened by original sin, whose negative effects impact the entire human person. Quite opportunely, an ancient hymn of the Lenten liturgy exhorts: "Utamur ergo parcius, / verbis cibis et potibus, / somno, iocis et arctius / perstemus in custodia" (Let us use sparingly words, food and drink, sleep and amusements. May we be more alert in the custody of our senses).
Dear brothers and sisters, it is good to see how the ultimate goal of fasting is to help each one of us, as the Servant of God Pope John Paul II wrote, to make the complete gift of self to God (cf. Encyclical "Veritatis splendor," 21). May every family and Christian community use well this time of Lent, therefore, in order to cast aside all that distracts the spirit and grow in whatever nourishes the soul, moving it to love of God and neighbor. I am thinking especially of a greater commitment to prayer, lectio divina, recourse to the Sacrament of Reconciliation and active participation in the Eucharist, especially the Holy Sunday Mass. With this interior disposition, let us enter the penitential spirit of Lent. May the Blessed Virgin Mary, "Causa nostrae laetitiae," accompany and support us in the effort to free our heart from slavery to sin, making it evermore a "living tabernacle of God." With these wishes, while assuring every believer and ecclesial community of my prayer for a fruitful Lenten journey, I cordially impart to all of you my Apostolic Blessing.
From the Vatican, 11 December 2008
BENEDICTUS PP. XVI
Raj na pustyni - Wielki Post 1 B
Noe ratuje nawet zwierzęta, a po potopie zasadza winnicę, czyli ogród. Wszystko miało być takie jak przed grzechem. Z powodu owoców jednak upada, jak Adam. Łatwiej człowiek radzi sobie z katastrofą, wobec rozkoszy jest bezbronny. Noe więc upada i doznaje wstydu, obnażenia, zupełnie jak pierwszy człowiek. Wszyscy próbujemy zrekonstruować raj, mniejszy lub większy, i ciągle to samo, rozkładają nas na łopatki nie nieszczęście, lecz wygoda i brak powstrzymania się przed konsumpcją przyjemności. Każdy marzy, by szczęście było ciągle na wyciągnięcie ręki i by się z niej nigdy nie wyślizgnęło.
Czy nie utraciłeś jeszcze świadomości tego, czego naprawdę pragniesz, czy też tak bardzo nie wierzysz już w spełnienie się twoich pragnień, że zepchnąłeś je w lochy wyparcia i zaprzeczenia? Dokonać czegoś pięknego lub wyjątkowego dla innych? Pragniesz zdrowia lub miłości, urody lub wolności od kłopotów i zmartwień, wolności od grzechów, uzdrowienia ran, albo może pragniesz nie być opuszczonym, budzić w innych radość i zawsze być kochanym i kochającym? Zapewne też, by życie twoje zawsze było sensowne i miało swój cel. Inaczej mówiąc, żeby twoje życie było rajem, i jest to potężne pragnienie warunkujące wszelkie twoje działania. Może nawet po latach wysiłków osiągniesz część z tych pragnień. Wiesz jednak dobrze, że i tak to wszystko stracisz. Nic nie możesz mieć na zawsze i z nikim na zawsze być. Wszystko w tym świecie jest tylko na pewien czas. Tym bardziej będzie bolało stracić to wszystko, im bardziej rajsko ułożyliśmy sobie istnienie. Kto może uleczyć ten ból utraty, albo nosi w sobie obietnice raju nieutracalnego?
Nie chodzi o tymczasowe uśmierzenie wszelkich strat albo o oszukiwanie się, że wiecznie będziemy tak żyć, jak żyjemy, lecz o zbawienie radykalnie ostateczne. Dlatego warto zauważyć to, co objawia Jezus, który odtwarza raj na pustyni, a nie w winnicy jak Noe! Żyje wśród zwierząt, usługują Mu aniołowie i kusi Go szatan. Jak w raju. Zaczął jednak raj od wyrzeczenia się rajskich warunków i się udało! Udało się oprzeć szatanowi. Nie On był zagrożony pokusą, bo Bóg nie doznaje kuszenia, ale dopuścił do siebie szatana, właśnie w tak skrajnych warunkach, abyśmy wszyscy to zrozumieli, że raj jest możliwy, gdy się wyrzekniemy rajskich wygód. W filmie Pawła Łungina „Wyspa” pokutnik Anatolij przyjmuje wygodnego przeora na nocleg w kotłowni, po pożarze, z którego ocalił tylko ciepłe buty i miękką pierzynę. Po czym zabiera mu obuwie i wrzuca je do pieca, później topi w morzu pierzynę. Pozbawia go ostatnich dwóch skarbów, jakie ocalały z pożaru. Komuś, kto wszystko stracił, nie powinno się odbierać tego, co mu pozostało, a jednak rzeczy, do których się zanadto przywiązujemy, tworzą z nas istoty pełne lęku i pozbawiają nas nadziei.
Przez pustynię do nieba - Wielki Post 1 B
Duch wyprowadził Jezusa na pustynię. Ulewa potopu trwała 40 dni. Tyle samo pościł Jezus. Czy zgadzasz się na pustkę w domu, ciszę w telefonie, samotność w sercu, na puste ściany i suszę uczuć? Przecież to Duch wyprowadza na pustynię. I to po to, by człowiek był kuszony przez szatana! Duch Święty chciał, by Jezus był kuszony przez złego ducha, bo wtedy aniołowie Mu usługiwali. Żył tam wśród zwierząt – jak Noe, gdy zamknął się ze zwierzętami w arce. Skarżysz się na złe relacje, na to, że wokół jest tyle agresywnych ludzi, złośliwych jak pustynne węże, chciwych niczym trzoda wygłodzonego bydła i dumnych jak pustynne lwy. Jezus żył wśród zwierząt pustyni, nie stał się jednak łupem dzikich bestii, gdyż Duch Go wyprowadził.
Gdy jesteś posłuszny Duchowi Świętemu, żyjesz jak Adam w raju przed grzechem, nawet w pustce i w otoczeniu zdziczałych istot. Ważne jest tylko jedno: nie szukaj grzechu. Nieskończenie gorszym niebezpieczeństwem dla człowieka jest grzech niż dzikie bestie. Ojciec Pio pisał w liście: „W tych dniach diabeł znęca się nade mną we wszelki możliwy sposób i robi tyle, że więcej już chyba nie może. Ten nieszczęśnik będzie podwajał swoje wysiłki na moją szkodę. Lecz nie obawiam się niczego, tylko obrażenia Boga”. To, że jesteśmy celem ataków złych duchów, nie oznacza nic innego, tylko to, że jesteśmy blisko Boga. Im bliżej Boga znajduje się dusza, tym większą pustkę i silniejsze ataki złych duchów przeżywa.
Jezus nie dokonał żadnego cudu i nie powiedział żadnej mowy, nie wygłosił żadnego błogosławieństwa, dopóki nie przeszedł pustynnej próby. Anioł Stróż, widząc Ojca Pio walczącego z demonami, powiedział do niego: „Czy sądzisz, że byłbym tak szczęśliwy, gdybym cię nie widział tam zmaltretowanego? Ja, który w świętej miłości bardzo pragnę twojego dobra, raduję się bardziej, widząc cię w tym stanie. Jezus dopuszcza te ataki demona, ponieważ jego miłosierdzie czyni, że jesteś mu drogi i chce, abyś był podobny do niego w mękach pustyni”.
Ognista kąpiel, którą przeżywasz, jest ci bardzo potrzebna, bez niej dusza uległaby szybko zarozumiałości. Żeby mieć w sobie niebo, trzeba mieć czasem wokół siebie piekło. Ogień zmienia wszystko w prawie niematerialny i delikatny popiół. Doświadczenie pustyni prowadzi człowieka do skruchy, bez której jesteśmy zbyt zmysłowi, zbyt cieleśni, zbyt twardzi. Ludzie, którzy wzniecają w tobie ogień gniewu, są ci potrzebni. Bez nich nie wiedziałbyś, co naprawdę ukrywa się w tobie, co naprawdę myślisz o sobie i czego naprawdę oczekujesz od innych. Na początku swej drogi jesteś wypełniony oczekiwaniami, żądaniami, oskarżeniami wobec siebie i innych. Żądamy, aby środowisko sprzyjało naszemu egoizmowi. Pierwszymi naszymi odruchami na to, co trudne, jest osądzanie siebie i innych. Na zło ten tylko reaguje źle, kto w sobie nie odkrył jeszcze zła. Kto nie przebył drogi wyjścia ze swych fałszywych przekonań o sobie i innych, nie jest zdolny pomóc innym przebyć tej drogi.
Saturday, February 21, 2009
Przebaczenie bez skruchy - VII B
Wczytując się w lekcję z Izajasza, doznaję zdziwienia. Zostało tam opisane, jak Bóg odpuszcza grzechy swojemu ludowi bez uprzedniej skruchy! Co więcej, posługując się prorokiem, Bóg wyznaje grzechy Jakuba, czyli Izraela, jakby w zastępstwie niedoczekanej skruchy: znudziłeś się Mną, zamęczasz Mnie swą występnością! Po takich wyrzutach spodziewalibyśmy się przyznania się Izraela do win i uderzenia się w piersi! Tymczasem Izrael milczy. A jednak Bóg bezzwłocznie mówi: przekreślam i nie wspominam twoich grzechów.
Równie zadziwiające jest zachowanie Jezusa w stosunku do milczącego paralityka, który przecież nie wyznał swych grzechów ani nie prosił o ich przebaczenie, może nawet nie dostrzegał związku między swoim położeniem a własnymi nieprawościami? Niekiedy tak zachowują się ludzie przy konfesjonale po kilkunastu latach nieobecności. Są sparaliżowani wstydem, zapominają słów, nieporadność i tajemnicza amnezja uniemożliwiają im swobodne wyznanie. Jezus wychodzi pierwszy z inicjatywą przebaczenia: Synu, odpuszczają ci się twoje grzechy!
To zdumiewające, gdyż zarówno w judaizmie, jak i w chrześcijaństwie dostępność przebaczenia jest uwarunkowana skruchą. Dlaczego więc w tych dwóch miejscach Biblii Bóg zupełnie inaczej się zachowuje? Bóg nie chce przebaczać, On bardzo chce przebaczać! Człowiek swoją nieprawością może doprowadzić się do takiego stanu, który daje się tylko zilustrować przygniatającym paraliżem. Nieczułość, która paraliżuje nawet jego zdolność do wypowiedzenia grzechów. Incydent z paralitykiem jest rewelacyjnym dowodem miłosierdzia Boga! W Chrystusie obietnica przebaczenia jest zawsze na TAK! ON NIGDY NIE CHCE NIE PRZEBACZAĆ, ale faktem jest, że niekiedy zmuszamy Go do tego czymś gorszym niż paraliż, krnąbrnością! Oby się tylko znaleźli tacy, którzy mnie lub ciebie zaniosą pod Jego stopy, gdy już paraliż nieprawości stanie się milczeniem bezsiły!
Oczywiście, nie znaczy to, że jesteśmy zwolnieni z wyznawania win choćby w sakramencie pojednania. Raczej dzięki temu wydarzeniu dajmy się do końca przekonać, że nie ma takiej winy, której Jezus nie chciałby darować i nie ma takiego grzechu, którego nie chciałby odpuścić. Zauważmy tę stanowczą i nieugiętą wolę okazywania miłosierdzia! To jest właśnie to niepodważalne TAK, jakie w Nim odczytujemy, gdy niepewnym wzrokiem spoglądamy w Jego oczy, pragnąc nieśmiało prosić o darowanie kolejnych podłości. Miejmy tylko decyzję wyznania, choćby nawet nas paraliżowało przy samym wyznaniu! Jeśli pragniemy usłyszeć od Jezusa TAK na naszą prośbę o przebaczenie, zacznijmy mówić NIE temu wszystkiemu, co uśmierca życie Boga w nas.
Najsłabsza słabość - VII B
Każdy człowiek wobec Boga może się czuć jak sparaliżowany. Uzdrowienie paralityka manifestuje zderzenie niemożliwości człowieka i wszechmożliwości Boga. Bez Niego nic nie możemy, w Nim wszystko jest możliwe. Być może i twoja sytuacja jest niemożliwa do zmiany: zmagasz się ze sobą, z innymi, z problemami, zranieniami, grzechami, nałogami, trudnościami finansowymi albo wychowawczymi, może w twoim małżeństwie lub powołaniu nastąpił paraliżujący impas. Słabość spadła na ciebie jak góra lodowa, ścinając mroźnym lękiem całe ciało. Już na nic wszelkie wysiłki, nadzieje. Grzęźniesz otępiały w sobie samym wskutek tej katastrofy, niezdolny do funkcjonowania i rozumowania. Osamotniony jak drzewo na skraju przepaści, którą podmywa wściekłe morze.
A jednak ten bezruch coś w tobie uruchomił, otworzył jakieś sekretne drzwi w twoim wnętrzu. Wielu ludzi stało przed drzwiami domu, w którym ukrył się Jezus. Nikt nie dostał się tak blisko Niego jak ten sparaliżowany, bo nikt tak tego nie pragnął, bo nikt nie miał tak „sparaliżowanej sytuacji”. Podszedł najbliżej, ponieważ nie mógł iść na własnych nogach. Jego życie było unieruchomione, dlatego posunął się najdalej i najgłębiej.
Ludzie, których życie nie jest dramatycznie beznadziejne, ziewają na Mszy i spoglądają na zegarek, siedząc jak najbliżej drzwi. Ci zaś, których życie jest beznadziejnie dramatyczne, klęczą najbliżej ołtarza, wyrzucają ponad dach świątyni potężną modlitwę. Wielu ludzi poszukuje Boga w spokoju, zadowoleniu z życia, w uśmiechu losu, dlatego uciekają od tego, co niepokoi, co budzi trwogę mrożącą krew w żyłach. A jednak to właśnie załamanie, lęk, zamieszanie i niepowodzenie prowadzą najbliżej stóp Jezusa. Te cztery złowieszcze siły są, być może, owymi czterema sanitariuszami, niosącymi sparaliżowanego człowieka ponad dach i wprost do nóg Mesjasza.
Osoba Jezusa jest ukryta w słowach Biblii, tak jak była ukryta w owym domu, pod którym stało wielu i przysłuchiwało się. Słuchając tekstów biblijnych, stoisz przed domem, nie widząc osoby. Trzeba odkryć dach. Odkryć nie tylko sens, ale dostęp do osoby Jezusa. Do tego trzeba nie inteligencji, tylko bezsilności sparaliżowanego. Wiele osób klęczy w kaplicy jasnogórskiej, ale tylko niektóre otrzymują co jakiś czas uzdrowienie. Dlaczego? Czyżby Bóg był skąpy? Nie! Można być metr przed ikoną jasnogórską, ale sercem za drzwiami nawet własnej duszy. Bez kontaktu ze sobą nie ma się też kontaktu z osobami Jezusa i Maryi. Kontakt ze sobą uzyskujemy często wtedy, gdy spadnie na nas cierpienie, z którym nie potrafimy sobie poradzić. Większość modli się tak, jakby nikogo w niebie nie było, albo tak, jakby Bóg był nieosobowy. To właśnie niemożność uczynienia czegokolwiek dla siebie umożliwia człowiekowi spotkanie ze sobą i z Jezusem. Najsłabsza słabość jest w oczach Boga najmocniejsza.
Trędowate myśli - VI B
Nieczysty jest ten, kto za wszelką cenę chce zwrócić uwagę na siebie.
Czystość może budzić zadowolenie, a nawet zachwyt czy szczęście. Sprzątamy mieszkanie, bo w czystym pomieszczeniu czujemy się dobrze. Odkurzamy meble, czyścimy buty, pierzemy ubrania. Kąpiel daje przyjemną satysfakcję. Brudne, spocone ciało może wprowadzać kogoś w dyskomfort psychiczny. Nie wyobrażamy sobie spożywania obiadu na niemytych od tygodni talerzach. Używanie sztućców, na których są relikty poprzedniego posiłku, budziłoby obrzydzenie. Do tego miejsca zarówno ateiści, jak i ludzie wierzący są zgodni.
Co jednak oczyszcza nasze myśli, uczucia, a przede wszystkim to, co jest jeszcze głębiej niż samoświadomość i dusza? Czy oczyszczone ze wstrętu do siebie spojrzenie nie jest ważniejsze niż czysta koszula albo brak brudu pod paznokciami? Czy czyste spojrzenie na drugiego człowieka, pozbawione pożądania lub pogardy, nie jest ważniejsze niż wymyte przed świętami okna w mieszkaniu? Wszyscy czujemy, że czystość jest konieczna nie tylko w naszym otoczeniu lub zewnętrznej demonstracji osoby. Nieczyste myśli i nieczyste motywy, brudne sumienie i nieuczciwe postępowanie, podejrzane zachowanie i śmierdzące sprawy biorą się z czegoś jeszcze bardziej zatęchłego w nas samych.
Skąd się bierze wszelka nieczystość w naszym postępowaniu? Ze skupienia na sobie. Trędowaty to człowiek chory na paskudne schorzenie ciała, ale zdaje mi się, że jeszcze bardziej trędowaty jest ten, kto patrzy na siebie z obrzydzeniem, nawet jeśli jego ciało nie jest pokryte gnijącymi strupami. Obrzydzenie do siebie to efekt wieloletniego skupienia na sobie: na wyglądzie, na pozycji w społeczności, na walorach seksualnych, na każdym słowie i geście. Dlatego jakże zdrowo brzmią słowa Pawła, kiedy wyznaje, że jego troską nie jest zajmowanie się sobą, tylko zbawienie innych. Opis trędowatego z Księgi Kapłańskiej jest zaszyfrowaną informacją. Ktoś, kto włóczył się po drogach Ziemi Świętej, mając rozwichrzone włosy, zasłoniętą brodę, będąc obsypany plamami lub obrzękami na skórze i krzycząc: „nieczysty!”, nie mógł być niezauważany. Na kogoś takiego wszyscy zwracali uwagę, i chyba to jest właśnie „trędowate” podejście do życia. Nieczysty jest ten, kto za wszelką cenę chce zwrócić uwagę na siebie! Ktoś może być nieczysty, żądając uwagi innych nawet z powodu doznanego uzdrowienia!
Jezus nie chciał być w centrum uwagi. Nie pławił się w ludzkim uwielbieniu. Zupełnie inaczej zachowuje się trędowaty – on z uzdrowienia uczynił show! Jezus nie tylko dlatego surowo mu zakazywał rozgłaszania cudu, bo chciał być skromny, ale też dlatego, bo chciał uzdrowić trędowatego z przyczyny jego choroby: z chorej potrzeby zwracania na siebie uwagi z jakiegokolwiek powodu. Łatwiej uzdrowić kogoś z trądu ciała niż z trędowatych pragnień i trędowatego myślenia
Odstające uszy - VI B
Nasz świat pełen jest niedotykalnych - parszywych i wzgardzonych. W Indiach, gdzie 80 proc. ludności wyznaje hinduizm, co piąty Hindus rodzi się w systemie kastowym jako nieczysty. 160 milionów ludzi jest ofiarami ogólnego potępienia tylko dlatego, że urodzili się jako niedotykalni.
Na tle tych obrazów Jezus jawi się nam jako Bóg, który nie brzydzi się człowiekiem, do którego czują wstręt wszyscy. W Jezusie trędowaci, kozły ofiarne i czarne owce społeczeństwa wracają do godności człowieka. Paweł nie czynił różnicy między Żydem i Grekiem. Uzdrowienie pozwoliło trędowatemu wejść do miasta, powrócić do środowiska, ale uniemożliwiło Jezusowi wejść do tego samego miasta.
Pozwalając komuś wrócić, sam musiał odejść. Sens dzisiejszych tekstów przymusza nas do odpowiedzi: Czy w środowisku, w którym przebywasz, żyjesz, pracujesz, odpoczywasz, modlisz się, jest ktoś, kogo traktujesz jak trędowatego, czarną owcę albo Hindusa z piątej kasty? Czy uczestniczysz w niszczeniu ludzkiej godności, zrzucając na kogoś całe niezadowolenie ze swego życia, obrzucając choćby kogoś ośmieszającymi wyzwiskami? Czy nie przyczyniłeś się do tego, że na widok jakiejś osoby pojawiają się cyniczne uwagi, ironiczne uśmiechy, kąśliwe dowcipy lub wulgarne epitety? Czy nie za twoją przyczyną ktoś ma chore odniesienie do siebie samego, jest ciągle rozdarty, żyje w nieładzie i chaosie, ukrywa swoje oblicze w cieniu wstydu, izoluje się, zamyka, wycofuje?
Zaczyna się od tego, że jakieś dziecko w szkole jest słabsze lub nie ma rodziców, którzy by je ubrali w najmodniejsze ciuszki, nosi zbyt duże okulary, ma odstające uszy, jąka się jak Mojżesz, albo ma krzywy nos i staje się trędowatym popychadłem w klasie lub celem bolesnych żartów. Może ma rude włosy jak Dawid, nieudolnie gra w piłkę albo się zsikało na lekcji. Dziecięcy ostracyzm bywa okrutny.
W pewnej szkole chłopcy związali swojego kolegę w ubikacji i opluwali jego twarz przez całą przerwę międzylekcyjną. Przez wiele lat chłopiec wstydził się siebie samego i wzrastał, głusząc w sobie ogromną nienawiść do siebie. Był już dorosłym mężczyzną, ojcem trójki dzieci, namiętnie oglądającym mecze bokserskie. Pewnego dnia przyszedł do domu pijany, chwycił najstarszego syna, zaprowadził do ubikacji, związał go i krzycząc w szale wyzwiska, pluł w jego twarz i bił. Zmaltretowane dziecko potrzebowało pomocy medycznej. Napisano o nim w jakiejś gazecie, którą przeczytał dawny kolega z klasy, właśnie ten, który wpadł na ten okrutny pomysł wiele lat wcześniej w szkolnej ubikacji.
Jezus zdjęty litością wyciągnął rękę i dotknął trędowatego. Jezus być może i do ciebie wyciąga rękę i wskazuje ci twoje zapomniane przeżycie z dzieciństwa, delikatnie dotykając obolałych wspomnień, abyś poczuł się uwolniony od nienawiści do siebie lub, co gorsza, od przerzucania jej na najbliższych. Wyjść z pogardy, to okazać miłosierdzie komuś, na kogo mamy ochotę zwalić całą swoją złość.
Opuścić, aby odnaleźć - VB
Oddal na pół godziny wszystkich i wszystko, a odkryjesz bliskość Boga. Poczujesz, jak ujmuje cię za dłoń.
Życie nigdy nie zamknie się w jakiś system, który uwolni od lęku i błędu. A mimo tej oczywistej prawdy ciągle pytamy: Dlaczego tak trudno żyć? Dlaczego tak trudno jest uwierzyć w szczęście i tak łatwo dajemy opętać się beznadziei? Życie bez choćby próby zrozumienia jest więcej niż marnotrawstwem. Dopóki nie spotkamy naprawdę Tego, który potrafi ująć nas za rękę i podnieść z tego pożaru beznadziei, jaki nas trawi miesiącami i latami; dopóki nie spotkamy Tego, który jednym słowem odpędzi od nas sforę demonów, nic nie możemy ani dla siebie, ani dla innych uczynić. Bez spotkania z Bogiem, który z troski o nas stał się człowiekiem, błądzimy w udręce.
Uzdrowieniem ze zwątpienia i hiobowych rozpaczy jest bliska obecność Boga. Na pewno jakimś rodzajem pozyskania tego przywileju bliskości jest ewangelizowanie, przekonywanie o zbawieniu w Jezusie. „Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”. Ta wypowiedź nie jest wyznaniem znerwicowanego faryzeusza, który głosi miłość Boga, ponieważ lęka się zemsty Wszechmogącego. To nie był lęk przed niewypełnieniem „micwy” nowotestamentowej. Powiedział te słowa, bo zdał sobie dogłębnie z tego sprawę, że prawdziwą przyczyną rozpaczy jest po prostu oddalenie od Boga, a nie może być blisko Boga ten, kto innych do Niego nie przybliża.
Istnieją ludzie, którzy zbliżają się do Boga raz do roku, na jedną godzinę, choćby w okresie spowiedzi wielkopostnej, i to im wystarcza. Nie czują tęsknoty. Czy to nie tłumaczy tego, skąd u nich biorą się hektolitry łez rozpaczy? Bliskość miłości daje nie tylko poczucie bezpieczeństwa, ale i szczęścia. Nawet oddalenie od drugiego człowieka budzi ból, cierpienie, tęsknotę palącą jak gorączka, a niekiedy nawet coś w rodzaju opętanego przymusu połączenia się z osobą kochaną i oddaloną. Ale są i tacy, dla których opuszczenie Boga tylko na jedną godzinę powoduje osunięcie się w mroki niewymownej nostalgii i smutku. Do których należysz? Istnieją różne wrażliwości. Czy wiesz, dlaczego tak trudno ci żyć?
Obecność i bliskość Jezusa jest dla każdego rozpalonego cierpieniem człowieka, który swe dni i noce przeżywa w udręce i w walce, niczym ujęcie za rękę. Jest poderwaniem z upadku. Kiedy On jest blisko, mija każda gorączka, opuszcza nas każdy demon. Opuszcza nas opuszczenie. Trzeba koniecznie doznać tej bliskości, dowiedzieć się, gdzie i w jaki sposób można jej doświadczyć! Na pewno nie musisz udać się do Tybetu ani wyjechać do Jerozolimy czy Mekki. Oddal na pół godziny, na godzinę, wszystkich i wszystko, a odkryjesz bliskość Boga. Poczujesz, jak ujmuje cię za dłoń. Jezus, pragnąc spotykać się z Ojcem, oddalał się nawet od apostołów, oddalał się nawet od tych, którzy go szukali. Poszedł w sam środek pustego miejsca.
A kto mi za to zapłaci? - VB
Sprawiedliwy Hiob oczekiwał zapłaty za noce udręki i miesiące męczarni, ale jego oczekiwania nie spełniły się szybko. Wiele nocy było dla niego długich jak wieczność i targanych bólem. Gdzieś w cieniu naszej szlachetności, jak pies za murem rzeźni, ukrywa się oczekiwanie gratyfikacji za życie ciemniejsze niż noce. Któż z nas nie skarży się jak Hiob na cierpienie? Wychowanie dzieci, tworzenie dobrych relacji ze współmałżonkiem, troska o przeżycie każdego dnia w czystości sumienia, walka o każdy grosz, zmaganie o rozwój duchowy, zaliczenie egzaminów, znoszenie upokorzeń, spełnienie wymagań stanu i powołania – to wszystko jest męczące, ale popatrz na Jezusa, Hioba, Pawła.
Paweł nie liczył na żadną zapłatę za trud głoszenia i obdarowywania innych tajemnicą odkupienia, chociaż za swoją bezcenną i wyniszczającą pracę powinien dostać najwyższe wynagrodzenie oraz urlop w śródziemnomorskim kurorcie. On jednak pracował jak niewolnik. Dawał nie tylko Jezusa i skarb Ewangelii, ale też całego siebie, aby tym liczniejsi byli ci, którym się oddawał. Zaprzedawał się, by odkupić choćby niektórych. Benedykt XVI powiedział, że brak postawy służby w kapłaństwie jest profanacją kapłaństwa.
Kiedy Jezus wieczorem dokonał uzdrowienia teściowej Piotra, był zapewne zmęczony i powinien udać się na zasłużony odpoczynek. Zaszło już zmęczone słońce, a całe miasto było zebrane u drzwi, które nie zamykały się do późnej nocy. Mało tego, kiedy po wyczerpujących uzdrowieniach i egzorcyzmach powinien pozwolić sobie na dłuższy sen, On wstał, gdy jeszcze było ciemno, i modlił się. Pracował dla ludzkiego zbawienia po zachodzie słońca, a o mrocznym poranku, zanim słońce wstało, modlił się. Zbawienie jest totalnym samoofiarowaniem się Boga ludziom. Dzięki niemu człowiek został odkupiony, całkowicie pozyskany. Jezus, dając się nam bez reszty, kupił nas też bez reszty dla nieba. Zdobył nas na zawsze, ponieważ nam się oddał na zawsze. Został na wieki królem, ponieważ pracował nad naszym zbawieniem jak niewolnik. Jaką nagrodę wdzięczności otrzymał od nas?
Teksty dzisiejszych czytań mogą Cię wybawić z roszczeń, narzekań, pretensji i oczekiwań na gratyfikację za to, co przeżyłeś. Jan Paweł II był już bardzo słabym, starym i chorym człowiekiem, ale ciągle wypływał na głębię dalekich podróży, aby pozyskiwać ludzi dla Jezusa. Ktoś inny na jego miejscu poprosiłby już dawno o emeryturę i zamieszkał w ciepłym mieszkanku, z daleka od ludzkich łez, emocjonując się jedynie telewizyjnymi wiadomościami. Jakiś czas temu byliśmy świadkami niesamowitej wyprawy na biegun północny Marka Kamińskiego i Janka Meli. Pokonywali ogromne przestrzenie dla zdobycia najzimniejszego punktu na ziemi. Czy dla zdobycia dla Ewangelii jednego zmarzniętego serca nie warto zaryzykować dalszej podróży?
Jesteś prorokiem - IV B
Nauczasz czy krzyczysz? Straszysz Bogiem czy rozbudzasz zaufanie do Niego?
Czym jest prorokowanie? To charyzmat niezwykle odpowiedzialny, a nawet niebezpieczny, jak dowiadujemy się z pierwszej lekcji. Prorok jest kimś, kto wygłasza słowa nie swoje, lecz Boga. Słowa Boga są włożone w jego usta niczym perły do wnętrza muszli. Szum muszli to prorokowanie, dowodzenie o istnieniu perły. Nie są to krzykliwe ludzkie racje, lecz opiekuńcze prawdy Boga. Po drugie prorok jest osobą o nikogo tak się nietroszczącą jak właśnie o Boga i to bardziej niż kochający mąż o żonę, czego potwierdzenie odczytujemy w lekcji z Listu św. Pawła do Koryntian. Troska o Boga jest efektem odkrycia troski Boga o człowieka. Nikt nie marzy o trosce, która jest jedynie żałosną litością, lecz o trosce, która jest odkryciem w nas wartości wzbudzającej podziw.
Dwa pierwsze czytania uwypuklają dwie istotne cechy proroka. Ale jest jeszcze trzecia, uwidoczniona w ewangelicznym fragmencie: prorok sam jest spełnionym proroctwem. Kiedy ktoś jest poetą, sam w pewnym sensie powinien być żywym poematem. Podobnie jest z proroctwem. Gdy się prorokuje, powinno się być samemu wiernym temu, co się głosi. Opętany prorokował, twierdząc, że Jezus jest Świętym Boga, ale jego życie stało w jawnej sprzeczności z tym, co głosił. Poza tym on KRZYCZAŁ, a nie NAUCZAŁ jak Jezus. Krzycząc, możemy robić wielkie wrażenie. Dążenie do nieustannego wywierania wrażenia na innych to cecha socjopatów. Pewną wokalistkę rockową zapytano, dlaczego tak krzyczy w czasie koncertu. Skonsternowana odrzekła: „Krzyczę, by być usłyszaną”. Ale wydaje się, że bardziej zależało jej na tym, by innych zagłuszyć, niż żeby być usłyszaną.
Proroctwo jest wyrazem troski Boga o człowieka, który pragnie obudzić taką samą troskę człowieka o Boga. Jego celem jest miłość, bo Jego początkiem jest miłość. Bóg odsłania się w proroctwach taki, jaki jest naprawdę – jako Bóg troskliwy. Opętany z synagogi krzyczał zaś, że Jezus przyszedł, aby zgubić. To demoniczny i kłamliwy obraz Boga. Jeśli więc i ty odsłaniasz Boga jako troskliwego Ojca i masz o Niego troskę najczulszą, jesteś prorokiem, choć może o tym nie wiesz! Tylko zadaj sobie pytanie: nauczasz czy krzyczysz? Straszysz Bogiem czy rozbudzasz zaufanie w innych do Niego? Ukazujesz Boga, który chce zgubić człowieka, czy też takiego, który pragnie człowieka odnaleźć? Nikt nie jest prorokiem, kto nie ujrzał w sobie spełnionych obietnic Boga. Najpiękniej jest troszczyć się o Niego. Domyślać się Jego pragnień, współczuć Mu, boleć razem z Nim i cieszyć się Jego radością. Pytać się o Jego zmartwienia, pocieszać Go i poświęcać Mu czas. Wynagradzać Mu obelgi, pertraktować z Jego gniewem, być kimś tak zaufanym, że odważy się zwierzyć i ujawniać swe tajemnice. Tylko między przyjaciółmi tajemnice nie są tajemnicami. Prorok jest przyjacielem Boga.